foto start - Opinie Olsztyn (debata Olsztyn)

Każda rodzina dostała kawałek pryczy i słomy do przykrycia desek, żeby mogła wypoczywać. Sowchoz, do którego nas przydzielono według Rosjan, miał specjalizację produkcji mięsa (myaso sowchoz). Zajmował się hodowlą bydła i trzody. Bydło na okres letni było wypędzane na wypas na step – od pokazania się traw na wiosnę, do pierwszych przymrozków. W tym czasie ludność Sowchozu, która nie brała udziału w wypasie bydła, zajmowała się produkcją warzyw i hodowlą świń. Obory po bydle były puste, więc ludność polską (na ogół kobiety, bo mężczyzn nie było) zagonili do wywożenia obornika z tych obór, którego pokłady były olbrzymie. Przewodniczący sowchozu rozdzielał obornik na poszczególnych mieszkańców, którzy mogli go poformować na kostki, wysuszyć w słońcu i przygotować na opał na zimę. Po kazachsku ten opał nazywał się kiziak. Moja niania i brat załapali się do pracy przy wypasie bydła. To była praca dla prominentów. Być pastuchem znaczyło mieć co jeść i dawało perspektywę na przetrwanie. Rosjanie raczej do tej pracy się nie garnęli, bo nie było ich wielu i już zajmowali stanowiska, które im zapewniały byt. Wypasem zajmowali się głównie Kazachowie.

Byłem najmłodszym zesłańcem w sowchozie i starsi chłopcy przekazywali sobie mnie z rąk do rąk. Przy tym dawali mi, co chciałem, a ja chciałem być taki jak oni, czyli chciałem palić papierosy. Oczywiście nie za darmo. Za każdego papierosa musiałem zaśpiewać. Były to piosenki polskie, dumki ukraińskie, których nauczyłem się od niani, a w końcu zażądali, żebym śpiewał po kazachsku. Do dzisiaj pamiętam fragmenty piosenek…

Jednego razu bawiliśmy się z bratem i sąsiadkami przed domem. Zobaczyłem starszą Kazaczkę idącą drogą. Mieliśmy wpojone przez Mamę, że wszystkim starszym osobom należy się kłaniać. Ponieważ znałem język, pozdrowiłem ją: Aman kiemper ni kirik? (Dzień dobry Babciu, dokąd idziesz?). Ona odpowiedziała: Aman Karabała kielmende hurt Mintiube Marusia (Dzień dobry Czarny chłopcze, chodź ze mną do hurtu w Mintiube do Marysi (mojej niani)). Poszedłem z nią w step do hurtu. Miałem wówczas około 5 lat. Zostałem tam dwa tygodnie, aż Mama po mnie przyjechała. Oczywiście dostałem po powrocie tęgie lanie, ponieważ oddaliłem się bez zgody dorosłych.

Pomoc Kazachów
Pomoc Kazachów

Nazwy poszczególnych pastwisk odnosiły się do rzek, nad którymi leżały. Najdalej od sowchozu (40 km) leżało pastwisko Tabantau, 20 km od sowchozu było Mintiube nad rzeką o tej samej nazwie, a trzecie pastwisko było na terenach przysowchozowych – Łunaczarsk. Nawet o naszym sowchozie powstała piosenka. Nie wiem czy tę piosenkę tzw. czastuszkę ułożyli Polacy czy Rosjanie, gdyż duży wkład w kulturę i modę wnieśli właśnie Polacy. Pamiętam „wieczernicę”, na której zjawiła się pani w nocnej koszuli do ziemi, którą kupiła jako suknię wieczorową od którejś z Polek. Ja zachwycałem się jej elegancją, ale mój brat Henryk sprowadził mnie na ziemię mówiąc mi: „Przecież to nocna koszula”.

Pieśń sowchozowa:

Łunaczarskaja maszyna jediet zadom napieriot,
Łunaczarskieje diewczata nikto zamuż nie bieriot

Nawet ja doczekałem się „czastuszki”:

Oj mamasza, oj papasza ktoto płaczet na riekie,
Józa w bielieńkiej rubaszkie z bałałajuczkoj w rukie

Kazachowie przy stadach koczowali w jurtach z całymi rodzinami, często wielopokoleniowymi.  Rodziny kazachskie izolowały się w ogóle od  Europejczyków.

Do bardziej humorystycznych wspomnień można zaliczyć to, jak młody Kazach przyszedł do mojej siostry i spytał: Czy abrieżesz minie kosy? (Czy obetniesz mi włosy). Siostra wzięła wielkie nożyce krawieckie i zaczęła go strzyc. Po pewnym czasie się znudziła, zmęczyła i powiedziała: „Przyjdź jutro, bo się zmęczyłam”. Kazach podziękował, założył baranicę na głowę i z napoczętymi włosami poszedł do domu. Pamiętam, że do strzyżenia przychodził do nas przez kilka dni i za każdym razem siostra, gdy jej się nudziło, kazała mu przyjść następnego dnia.

Kazachstan

Pamiętam rodziny, które były z nami zesłane: Nowiccy, Sabiniak, rodzina Szklannych, starszy pan Buszydło, Siniciowie oraz Bachmatiukowie. Było wśród nich kilku, którzy już ukończyli gimnazjum, a niektórzy gimnazjaliści. Wyróżniał się wśród nich chłopiec o wzroście ok. 200 cm, zawsze roześmiany, dowcipny i błyskotliwie inteligentny – Kajder, a nazywali go wszyscy „Niunkus”. On doprowadzał władze z sowchozu do rozpaczy swoimi uwagami, powiedzeniami, a czarę goryczy dopełnił przewodniczącemu sowchozu, gdy wszedł do jego biura, roześmiał się od ucha do ucha i powiedział po rusińsku: Ny korowy, ny swyni, tolko Jóśko na stini! – w wolnym przekładzie: „ani krowy, ani świni, tylko Józek na ścianie” – chodziło o Stalina. Przewodniczący ze strachu zrobił się biały jak papier, nawet nie pomyślał, żeby zameldować do NKWD, tylko ogłosił wszystkim, że to Kajder jest niespełna rozumu i żeby z nim nie rozmawiać (głównie dotyczyło to Rosjan). Ten „niespełna rozumu” człowiek dostał się do Armii Andersa, ukończył kurs pilotażu w Anglii i latał jako pilot.

portret Stalina na ścianie

Pamiętam zimę, w czasie której wybuchła zaraza pryszczycy. Setki krów padły. Padłe ciała wyciągano wołami z obór, zdejmowano skórę i ścierwo porzucano nieopodal obór. Obfitość padliny spowodowała, że wilki ze stepu przyszły i się tam zadomowiły. W mroźne noce słychać było ich wycie, że aż dreszcz przechodził po plecach…

Pierwszy okres zsyłki nie był tak tragiczny, gdyż wymieniając odzież czy obuwie można było zdobyć jedzenie. Z upływem lat i Polacy zaczęli odczuwać brak wszystkiego. Gdzieś w 1943 roku dopiero zaczęła docierać „UNRRA”, która była rozdzielana przez tzw. mężów zaufania. Pani, która była „mężem zaufania” na okoliczne sowchozy i kołchozy potrafiła ograbić większość towarzyszy niedoli z kosztowności. Gdy wracaliśmy do Polski, jechaliśmy w jednym wagonie (strasznie się bała, żeby jej przy kontroli Rosjanie nie zabrali worka z klejnotami, które wyłudziła przy rozdawaniu pomocy z UNRRA). No i po latach zbieg okoliczności – byliśmy z bratem ciotecznym w miejscowości Nisko w kawiarni w 1975 roku. Kelnerka przyniosła nam kawę. Gdy stawiała szklanki przed nami, spojrzałem jej na rękę i zobaczyłem złoty pierścionek z czterema brylancikami. Gdy odeszła, powiedziałem do kuzyna: „zobacz taki sam pierścionek moja Mama za parę butów amerykańskich musiała dać mężowi zaufania”. Chwilę później od bufetu usłyszałem głos „pani B. proszona do telefonu” i ta kelnerka poszła do aparatu. Nazwisko, które usłyszałem było takie same, jakie nosiła pani „mąż zaufania”. Sądząc po wieku, mogła być to wnuczka tej pani.

UNRRA

W pewnym momencie naszej zsyłki, zauważyłem, że przy naszym domu zaczyna się kręcić starszy Kazach – nazywał się Kurzachmed. Jego profesją był wypas baranów. Był szczęśliwym mężem czterech żon, ale nie posiadał potomstwa. Prawdopodobnie porozumiał się ze swoimi żonami, że dobrze by było, gdyby odkupił mnie od Mamy. Potem dowiedziałem się od niani, że zaoferował za mnie niebotyczną cenę – chciał dać w zamian krowę. Oczywiście ta forma handlu w naszej cywilizacji była nieznana i transakcja nie doszła do skutku.

c.d.n.

Od autorki pracy:

Na wspomnienia Józefa Biesiadeckiego z Sybiru trafiłam nieprzypadkowo. Historię te przekazał mi ojczym, który te luźne fragmenty wspomnień spisał w jednym miejscu. Przekaz ten nigdy nie doczekał się korekty, w związku z tym postanowiłam wziąć ją w swoje ręce i przygotować do obecnej formy. Poznałam już wiele historii z okresu wojny i okupacji, lecz każda z nich była opowiedziana z perspektywy osoby dorosłej. Natomiast ta urzekła mnie tym, że jest opowiadana z punktu widzenia dziecka w wieku 3-9 lat.

Józef Biesiadecki

Józef Biesiadecki zmarł w 2007 roku, kilka miesięcy przed śmiercią otrzymał sygnowany przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyż Zesłańców Sybiru. Do dzisiaj trwają poszukiwania miejsca pochówku ppor. Stanisława Biesiadeckiego, kontynuuje je syn Józefa – Konrad.

Julia Pisowłocka

Klasa 8b, Szkoła Podstawowa nr 2 im. Chwały Oręża Polskiego w Giżycku


Od redakcji:

Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie przeprowadziło 20. edycję konkursu pod hasłem Losy nasze…”, adresowanego do wszystkich mieszkańców północnej i wschodniej Polski oraz terenów przygranicznych krajów sąsiadujących. Przedmiotem konkursu są:
• fotografie,
• listy,
• dokumenty osobiste,
• pamiętniki,
• wspomnienia.

W dniu 22 października 2018 r. jury w składzie:
– Krystyna Jarosz, kustosz w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie,
– dr Jerzy Marek Łapo, kustosz w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie,
rozstrzygnęło XX edycję konkursu „Losy nasze…” i przyjęło 37 prac odpowiadających zasadom regulaminu konkursu. Nadesłano opracowania z Polski, Niemiec, obwodu kaliningradzkiego Federacji Rosyjskiej i Kanady. Materiały świadczą o pielęgnowaniu tradycji, są dowodem dumy z przeszłości dalekiej i bliskiej.

W kategorii „Wspomnienia ” nagrodę przyznano pani Julii Pisowłockiej z Giżycka pracę pt. „Wspomnienia Józefa Biesiadeckiego z nieludzkiej ziemi Sybiru. Lata 1940-1946 (Kazachstan-Ukraina-Polska)”, Giżycko 2018.

Julia Pisowłocka

* Polacy od dwóch stuleci zasiedlali przymusowo Kazachstan w ramach kilku fal masowych deportacji:

  • pierwsza z nich przypadła na koniec XVIII wieku – byli to konfederaci barscy,
  • druga w XIX wieku w latach 30., tj. po powstaniu listopadowym,
  • trzecia, w latach 40., po wykryciu spisków niepodległościowych,
  • czwarta, w latach 60., po powstaniu styczniowym,
  • piąta, w ostatnich latach XIX wieku i na początku XX w. – uczestnicy ruchów rewolucyjnych,
  • szósta, w latach 30. (wiosną 1936 r.) w wyniku likwidacji tzw. skutków eksperymentu narodowościowego, deportowani głównie z Ukrainy i Białorusi,
  • siódma, w latach 40., po zajęciu przez Armię Czerwoną wschodnich terenów Polski.

Do początku XX wieku na zesłanie do Kazachstanu trafiali głównie młodzi ludzie jako żołnierze odbywający tam służbę, przy czym znaczna ich część znalazła się w wojsku karnie. Znaczną część zesłańców stanowili przedstawiciele inteligencji, w tym studenci i absolwenci uczelni, którzy włączyli się w rozwój życia gospodarczo-społecznego tych ziem, zaznaczając swoją aktywność jako pionierzy badań w wielu dziedzinach nauki.

W latach 30. XX w. na wygnaniu do Kazachstanu znalazły się całe polskie rodziny z kresów zachodnich Związku Radzieckiego. Polaków deportowano głównie do północnej części Kazachstanu. Wywieziono nie mniej niż 250 tys. osób. Zimę przetrwało nie więcej niż 100 tysięcy. W latach 40. deportowano osoby i rodziny z obszarów nadgranicznych; w pierwszej fazie na początku lat 40. – po włączeniu ziem należących przed II wojną światową do Polski, i w drugiej fazie – po zakończeniu działań wojennych i ustanowieniu granic państwowych.

Nawet po wojnie, władza sowiecka nie zaprzestała represji wobec własnych obywateli. Aresztowania i wywózki trwały aż do śmierci Stalina. Ich ofiarami byli nie tylko konfidenci nazistów. W głąb Związku Radzieckiego zostało deportowanych, albo trafiło na długie lata do więzień wiele niewinnych osób.

Po zakończeniu wojny, wielu z tych, którzy walczyli w polskim wojsku wróciło do swoich domów, które znalazły się w granicach sowieckiej Białorusi, zostali uznani za uczestników II wojny światowej. Z całej tzw. Zachodniej Białorusi i Ukrainy deportowane zostały rodziny weteranów polskiej Armii Andersa, która walczyła po stronie aliantów i brała udział w krwawym szturmie na klasztor Monte Cassino we Włoszech.

W ciągu jednej nocy – 1 kwietnia, 4 520 byłych „andersowców” zostało aresztowanych, ich własność skonfiskowano, a rodziny wywieziono do Kazachstanu i na Syberię.