Znowu ktoś nie wytrzymał i pomalował olsztyńskie „Szubienice”. Pomnik, który od ponad 70 lat hańbi miasto, znów stał się tablicą gniewu mieszkańców. I trudno się dziwić – bo ile można znosić tę karykaturę historii?
Znowu ktoś nie wytrzymał. Na olsztyńskie „Szubienice” wróciły wymalowane czerwoną farbą sierp i młot. Tą samą farbą spłynęły ręce radzieckiego żołdaka. Na stopniach monumentu pojawiły się hasła: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Tylko Polska narodowa”, „Jeb** czerwoną zarazę”, „Cześć i chwała bohaterom”.
I choć w ratuszu trwa teraz akcja poszukiwania sprawców, mnie na ten widok, nie będę ukrywał, aż buzia się uśmiechnęła. Bo to nie oni są winni, że ten pomnik wciąż stoi.
Stał już przeszło 70 lat. Dokładnie od 1954 roku. Czyli przez siedem dekad ten sowiecki monument góruje nad Olsztynem, hańbiąc jego przestrzeń publiczną i codziennie przypominając o niewoli, gwałtach i rabunkach. Przez te wszystkie lata zmieniały się rządy, ustroje, partie, a on trwał – jak wyrzut sumienia. Dwa dni temu pisałem, że prezydent Robert Szewczyk gra w słowa: mówi o „dekonstrukcji”, o konsultacjach, o konkursach – a „Szubienice” jak stały, tak stoją. Dziś mógłbym ten tekst powtórzyć słowo w słowo.
Bo to, że przeszkadzają ludziom, nie jest tezą wyssaną z palca. Świadczą o tym kolejne malowania, kolejne napisy, kolejne banery. Pamiętam, że także pod koniec stycznia 2024 roku ktoś nie wytrzymał i wymalował monument. Teraz mamy powtórkę. I o dziwo, władze miasta zamiast zrozumieć, że to protest, że to głos gniewu i wstydu, zajmują się tropieniem winnych. Chcą „zadbać o pomnik, żeby był piękny, czysty, nasz” – wybaczcie, w cudzysłowie. Bo ten pomnik nigdy nasz nie był.
Trudno mi w sobie wzbudzić jakiekolwiek oburzenie na tych, którzy dziś wymalowali „Szubienice”. Muszę się przyznać, że na przełomie lat 80. i 90., jeszcze jako licealista, sam za pomocą pomarańczowego (jak ówczesna Pomarańczowa Alternatywa) sprayu – zostawiłem na nim wielki napis: „dupa”. Byłem jednym z pierwszych. I jeśli dziś młodsi robią to samo, nie potrafię ich potępiać. Wręcz przeciwnie – czuję pewną solidarność. Bo ten monument odgrodzony od miasta nie jest tylko symbolem hańby. To obraz nędzy i rozpaczy. Zdewastowany, brudny, obskurny. Tak jak cała ta zakłamana epoka, z której się wywodzi.
Zresztą, „Szubienice” mają już swoją tradycję protestów. Kilkanaście lat temu znany i ceniony artysta Jacek Adamas przyniósł pod „Szubienice” wielką czerwoną świnię. Potem Wojciech Kozioł i Władysław Kałudziński – dwie legendy olsztyńskiej „Solidarności”. Wielokrotnie wieszali tam banery. Byli za to ścigani i przesłuchiwani. Czasem odpuszczano, czasem nakładano grzywny, ale walka trwała.
Niektórzy twierdzą dziś, że Kozioł ponosi konsekwencje – że obecny prezydent, pamiętając jego akcje, chce mu odebrać parking przy Nowowiejskiego, z którego ten żyje od trzydziestu lat. I zamienić go w płatną strefę postoju. Jeśli to prawda, to zemsta ma tu naprawdę brudny wymiar.
Przez te lata „Szubienice” były świadkami dziesiątek akcji. Raz baner, raz farba, raz sierp i młot, raz hasło. Taki mamy tu lokalny rytuał. Bo Olsztyn nie chce tego pomnika. A jeśli są tacy, którzy chcą go „pielęgnować” i „chronić”, to niech postawią go sobie w ogródku, a nie w centrum miasta.
Dlatego, gdy słyszę, że miasto szuka sprawców, uśmiecham się tylko pod nosem. Bo problemem nie są ci młodzi ludzie z puszką farby. Problemem jest pomnik, który od 71 lat hańbi stolicę Warmii i Mazur. I który powinien już dawno zniknąć.
Marek Adam




