Koalicja 15 Października miała uspokoić polską politykę i zakończyć lata wojennych okopów. W Olsztynie ta obietnica otrzymała jednak bardzo własną interpretację. Jedni po zmianie władzy stracili pracę i bezpieczeństwo finansowe, inni jak Grzegorz Smoliński trafili na kolejną bezpieczną, publiczną posadę.
Smoliński to nie jest ktoś z przypadku. Przez lata piął się po szczeblach lukratywnych stanowisk dzięki PiS-owi, partii, w której imieniu zawsze występował z największą lojalnością. Jako działacz, radny, prezes, dyrektor w państwowych spółkach, a także kandydat PiS na Prezydenta Olsztyna w ostatnich wyborach samorządowych, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków tego obozu na Warmii i Mazurach. I właśnie on, po zmianie władzy, znajduje zatrudnienie u wojewody Radosława Króla z PSL.
Tymczasem szeregowi pracownicy, kojarzeni z poprzednim układem znikali z urzędu błyskawicznie bez parasola ochronnego, bez politycznych tarcz i bez spektakularnych historii, które ktoś chciałby nagłaśniać.
Zamożność ponad zasady: empatia wybiórcza
Oto sedno hipokryzji: zatrudnienie Smolińskiego wywołało konsternację, którą próbowano przykryć szlachetnym „wątkiem ludzkim”. Posłanka PSL Urszula Pasławska tłumaczyła, że to gest „normalności” i „empatii”, gdyż Smoliński jest samotnym ojcem po stracie żony. Brzmi to pięknie, ale spójrzmy na liczby, bo te w polityce nie kłamią: Smoliński to człowiek zamożny. Według własnego oświadczenia majątkowego dysponuje ponad milionem złotych w gotówce (1 063 476,07 zł) i ma udziały w nieruchomościach wartych 1,88 miliona złotych.
Grzegorz Smoliński – oświadczenie majątkowe za 2024 rok
Pytanie jest proste, jak cios w twarz: czy człowiek z majątkiem blisko 3 milionów złotych naprawdę pilnie potrzebował budżetowej posady kierownika ds. administracji budynku, by „opłacić rachunki”?
W tym samym czasie inni działacze PiS ci bez milionów na koncie i bez lukratywnych kontaktów zostali wyrzuceni z pracy, a wielu z nich, jak wiadomo, jest dziś na zasiłkach dla bezrobotnych, walcząc o przetrwanie z prawdziwą desperacją. Gdzie była empatia, gdy w tym samym urzędzie bezpardonowo zwalniano dyrektora Piotra Junkera czy jego zastępcę Mariusza Bronakowskiego? Ci ludzie również mieli rodziny i zobowiązania, ale ich „wątek ludzki” został zignorowany w imię politycznej zemsty.
Dlaczego dla Smolińskiego zasada „koniec podziałów” oznacza ciepłą posadę i kontynuację finansowania z publicznej kasy, a dla zwolnionych brutalną czystkę? Można odnieść wrażenie, że to nie gest normalności, lecz podwójny standard wymierzony w najsłabszych, a jednocześnie ręka wyciągnięta do najbogatszych i najlepiej skomunikowanych.
Cena mandatu: polityczna interpretacja, nie dowód
Cała ta sytuacja nie budzi tylko moralnych, ale i politycznych wątpliwości. Smoliński jest nie tylko politykiem, ale przede wszystkim radnym Olsztyna. Czy posada w Urzędzie Wojewódzkim to zwykły zbieg okoliczności, czy ruch o znaczeniu politycznym?
Można postawić publicystyczną tezę, że część obserwatorów odbiera tę sytuację jako „cenę” za mandat radnego. Pojawia się także polityczne pytanie, czy to zatrudnienie nie przełoży się na jego współpracę z Koalicją Obywatelską w kluczowych głosowaniach.
Układ ten natychmiast wywołał burzę w samej Koalicji Obywatelskiej. To nie Wojewoda Król miał kłopoty, lecz premier i liderzy KO. Minister Marcin Kierwiński miał naciskać na zwolnienie Smolińskiego, podczas gdy Wicepremier Kosiniak-Kamysz według relacji medialnych próbował tonować sytuację. Dla wielu obserwatorów to sygnał, że gest Wojewody Króla mógł nie być wyłącznie decyzją administracyjną, lecz elementem szerszej walki PSL z KO o wpływy na Warmii i Mazurach.
Lojalność na sprzedaż: milioner kontra zdesperowani
A na koniec PiS. Zamiast jednoznacznie potępić ten układ jako zdradę, w partii panuje wyraźny rozdźwięk. Lokalni działacze, którzy stracili swoje funkcje, widzą w Smolińskim zdrajcę i jak wynika z politycznych plotek, prowadzą wobec niego zakulisowe działania. Jednocześnie anonimowe źródła wskazują, że Zarząd Okręgu Olsztyńskiego PiS zaakceptował jego zawieszenie w partii i obecną sytuację.
Gdzie jest w tym wszystkim lojalność wobec tych, którzy potracili swoje funkcje w imię partyjnej wierności, nie mając majątku Smolińskiego? Patrząc na tę sytuację, można odnieść wrażenie, że w polskiej polityce zasada jest prosta: czystka kadrowa ma zero litości dla szeregowych działaczy, ale zatrzymuje się na progu bogatych i najlepiej skomunikowanych liderów, którzy są cennymi pionkami w rozgrywkach.
Paradoks tej historii jest boleśnie prosty: w Olsztynie nie upadły stare podziały, lecz pojawiły się nowe. Ci, którzy naprawdę stracili wszystko, zostali na uboczu. Ci, którzy mają majątek, kontakty i polityczną wartość, mogą liczyć na „empatię” i miękkie lądowanie. Mechanizm pozostał ten sam tylko barwy i nazwiska się zmieniły.
Adam Iner




