O Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie znów mówi cała Polska – nie z powodu wielkiej premiery, lecz z powodu plakatu, który uderza w katolików. Najnowsza afera pokazuje, że z tą sceną i jej dyrekcją dzieje się coś bardzo niepokojącego.
Informacja o plakacie promującym spektakl „Wszyscy jesteśmy Belén” obiegła ogólnopolskie media. Grafika nawiązująca wprost do wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej, z białą maską zamiast twarzy i wyrwaną dziurą w miejscu oblicza Dzieciątka Jezus, dla wielu wierzących jest oczywistą profanacją. Kuria Archidiecezji Warmińskiej wydała oświadczenie z apelem, by w przestrzeni publicznej szanować uczucia religijne mieszkańców. Katolickie środowiska, m.in. Bractwo Przedmurza, piszą wprost o „obrazoburczym plakacie” i domagają się reakcji władz.
Teatr odpowiada znanym już schematem: to tylko „artystyczna interpretacja”, „symboliczny język”, „zaproszenie do rozmowy”. Słyszymy, że nikogo nie chciano obrazić, że plakat jedynie ilustruje historię argentyńskiej dziewczyny oskarżonej usunięciu ciąży. Problem w tym, że na tej samej scenie to nie pierwsza taka „interpretacja”. Widzowie z Warmii i Mazur pamiętają dobrze głośny spektakl o objawieniach w Gietrzwałdzie, w którym – zdaniem wielu uczestników – w karykaturalny sposób przedstawiono Matkę Bożą i wizjonerki. Wtedy też słyszeliśmy, że to tylko „artystyczne środki wyrazu” i że kto się oburza, ten nie rozumie współczesnego teatru.
Można odnieść wrażenie, że w Jaraczu religijne symbole służą dziś głównie jako paliwo do kolejnych prowokacji. Zamiast szacunku dla wrażliwości dużej części mieszkańców regionu mamy kolejną zabawę sacrum. Zamiast rozmowy – zimno skalkulowany skandal, który ma ściągnąć uwagę mediów i budować markę sceny jako miejsca „odważnego” i „przełamującego tabu”. Pytanie, czy to jeszcze misja publicznej instytucji kultury, czy już prywatny manifest ideologiczny.
W centrum tego manifestu stoi dyrektor teatru Paweł Dobrowolski. W wywiadach, które łatwo odnaleźć w internecie pod hasłem „jestem gejem, nie oczekuję rozgrzeszenia”, przedstawia się jako wierzący katolik, ale zaraz dodaje, że nie zamierza rezygnować z postulatów środowisk LGBT+. Od lat jest związany z Fundacją Wiara i Tęcza, tworzącą przestrzeń dla chrześcijan identyfikujących się z ruchem LGBT. Ma do tego prawo. Nikt nie zamierza mu zaglądać do sumienia ani odbierać prawa do takiego, a nie innego życia.
Problem pojawia się wtedy, gdy własne poglądy i spory światopoglądowe przenosi się na scenę finansowaną z publicznych pieniędzy. Kiedy kolejne kontrowersyjne spektakle i grafiki uderzają w to, co dla wielu jest święte, trudno nie odnieść wrażenia, że Jaracz stał się trybuną dla ideologii dyrektora. Afera goni aferę, media nakręcają kolejne dyskusje, a w tle znika najważniejsze: dobra sztuka, którą teatr powinien po prostu robić.
Nie chodzi o to, by kogokolwiek dymisjonować za to, kim jest. Chodzi o to, że szef dużej instytucji kultury nie ma prawa traktować uczuć religijnych tak lekko, jakby były jedynie tworzywem do kolejnego głośnego plakatu. Brak szacunku, świadome granie na emocjach milionów wierzących, budowanie klimatu napięcia i poczucia zagrożenia – to już nie jest „odwaga artysty”. To zwyczajnie forma mowy nienawiści, tyle że ubranej w modne słowo „performans”.
Mamy prawo oczekiwać czegoś innego od sceny utrzymywanej przez samorząd województwa. Teatr im. Stefana Jaracza żyje z pieniędzy nas wszystkich: mieszkańców Warmii i Mazur, podatników, ale także sponsorów – poważnych firm, które z dumą podkreślają współpracę z regionalną instytucją kultury. Czy naprawdę po to płacimy bilety, podatki i granty, by oglądać kolejne prowokacje wymierzone w wiarę naszych babć i dziadków?
W Urzędzie Marszałkowskim rządzi dziś Koalicja Obywatelska razem z PSL – partią, która lubi przedstawiać się jako formacja konserwatywna, bliska tradycji i Kościoła. Jeśli tak, to właśnie teraz jest moment, by zapytać dyrekcję Jaracza, dokąd prowadzi ten kurs. Czy misją teatru publicznego ma być budowanie wspólnoty, czy systematyczne drażnienie znacznej części społeczeństwa? Czy naprawdę nie da się robić dobrego, ambitnego teatru bez deptania tego, co dla wielu jest święte?
Najnowszy plakat „Wszyscy jesteśmy Belén” nie jest jednorazowym incydentem, lecz kolejnym sygnałem, że w olsztyńskim teatrze coś się głęboko rozjechało. Być może najwyższy czas, by nie pytać już wyłącznie o sam spektakl, ale o całokształt kierunku, w jakim prowadzi scenę obecna dyrekcja. Nikt nie odbiera dyrektorowi prawa do prywatnych poglądów. Ale ma on obowiązek szanować tych, którzy myślą inaczej – zwłaszcza gdy podpisuje się pod kolejnymi „artystycznymi” akcjami pieniędzmi nas wszystkich.
Marek Adam




