Nie trzeba było długo czekać, by urzędnicy olsztyńskiego ratusza przekonali się, że „uśmiechnięte” obietnice Roberta Szewczyka z kampanii wyborczej to tylko dobrze opakowany chwyt wyborczy, za którym nie poszła żadna realna zmiana. Zamiast poprawy mają spadek zaszeregowania.
24 lipca przed magistratem protestowało 70 pracowników zrzeszonych w związku zawodowym „Symetria”. Powód? Czują się – mówiąc delikatnie – wyrolowani. Szewczyk, który jeszcze niedawno roztaczał wizję nowej jakości w zarządzaniu miastem, z zadziwiającą sprawnością wskoczył w buty Grzymowicza – i nawet nie przymierzał innych.
Pytanie pierwsze: co się zmieniło? Odpowiedź: twarz na zdjęciu i logo na papierze firmowym.
Szewczyk obiecywał złote góry – a przynajmniej przyzwoite podwyżki. Głosił koniec oszczędności na ludziach i początek inwestowania w urzędniczy profesjonalizm. Tymczasem urzędnicy dostali w prezencie… obniżkę kategorii zaszeregowania. Z 14–16 na 10–11. Gorzki żart? Nie. To oficjalna decyzja, wręczona 14 lipca. Taki prezent pod ratuszową choinkę latem.
Pytanie drugie: po co to wszystko? Odpowiedź: żeby w przyszłym roku podwyżki ich nie dotyczyły.
Niższa kategoria = niższy próg. A jak próg nisko, to i nie trzeba dawać nic ponad minimum. Sprytne? A jakże. Tylko że ten „finansowy manewr” sprawił, że 80% urzędników może zapomnieć o jakiejkolwiek realnej podwyżce w nadchodzących latach. Szefczyk? Przepraszam – Szewczyk – mówi, że to dla uporządkowania struktury. A urzędnicy mówią, że to zamach na ich portfele.
Pytanie trzecie: a gdzie dialog społeczny? Odpowiedź: na urlopie. Bezpłatnym. Bez możliwości powrotu.
Decyzja zapadła znienacka, bez rozmów, bez ostrzeżenia, bez choćby symbolicznego „dzień dobry, robimy rewolucję płacową, tylko w dół”. Nawet Grzymowicz byłby dumny z takiego manewru. A przecież to właśnie z Grzymowiczem urzędnicy walczyli latami – o podwyżki, o godność, o traktowanie jak ludzi, nie jak liczby w Excelu.
Pytanie czwarte: ile to wszystko kosztuje prezydenta? Odpowiedź: nic. Jego buty są wygodne – już raz rozchodzone przez Grzymowicza.
Pamiętacie, jak Grzymowicz sam sobie przyznał 10 tysięcy złotych podwyżki, a pracownikom – 500 zł? Albo jak radni, z radością godną trzynastek, podnosili sobie diety? A potem, z tą samą radością, kazali urzędnikom „rozumieć trudną sytuację finansową miasta”.
Pytanie piąte: a Szewczyk? Odpowiedź: w ślad za mistrzem.
Zaraz po wygranej kampanii przyszła sekretarz i ogłosiła „tragiczną sytuację budżetową”. Brzmi znajomo? Bo to dokładnie ten sam refren, który Grzymowicz grał przez 13 lat. I wygląda na to, że ten utwór będzie miał jeszcze wiele zwrotek. Może nawet kilka remiksów.
Pytanie szóste: co z pracownikami? Odpowiedź: wkurzeni, zmobilizowani, gotowi do walki.
Manifestacja 24 lipca była tylko początkiem. Urzędnicy już raz pokazali, że potrafią złapać Tuska na korytarzu i publicznie wylać mu żale. Grzymowiczowi zrobiło się wstyd. Szewczyk – jeśli nie wyciągnie wniosków – też będzie musiał sięgnąć po korektor do swojego wizerunku.
Pytanie siódme: to co dalej? Odpowiedź: chyba nie uśmiech.
Olsztyn nie jest uśmiechnięty. Jest sfrustrowany. Zamiast rozwoju – regres. Zamiast nadziei – cynizm. Zamiast szacunku – pisma o obniżce kategorii. Szewczyk miał zerwać z przeszłością. A wygląda, jakby grzebał w starych segregatorach Grzymowicza i zaznaczał flamastrem „to działało – kopiuj”.
Pytanie ósme: czy można to jeszcze odwrócić? Odpowiedź: tak, ale trzeba najpierw zdjąć buty poprzednika.
Bo jeśli się chce iść własną drogą, trzeba mieć własne obuwie. A nie chodzić po ratuszu w przetartych pantoflach, w których stąpano już po związkowych postulatach, godności zawodowej i budżetowych pozorach.
Panie Szewczyk, może czas pójść do szewca. Albo chociaż spojrzeć pracownikom w oczy. Bez uśmiechu. Ale uczciwie.
Bo jeśli się dalej będzie pan snuł po korytarzach w tym samym tempie co poprzednik, to ratusz szybciej opustoszeje z kadr niż z pomysłów na kolejne oszczędności. I wtedy to już nie protest będzie problemem, tylko brak ludzi do otwarcia drzwi.
Marek Adam




