Katolik od siedmiu boleści

Powoli opada kurz bitewny kampanii prezydenckiej. Nawet Borys Budka coraz cieniej piska o nieważnych wyborach. Czas na jakieś podsumowanie, a właściwie zwrócenie uwagi na kategorie wyborców katolickich, których jest trzy: katolicy wierzący i praktykujący; katolicy wierzący nie praktykujący oraz zawierający po części obydwie kategorie – katolicy od siedmiu boleści.

Przyjmuje się, że w Polsce jest 90 % katolików. Zatem niekatolików jest 10 %. Zakładając 30 mln osób uprawnionych do głosowania to proporcjonalnie jest wśród nich 3 mln niekatolików. Podobno wśród wyborców Andrzeja Dudy było 90% katolików. To oznacza 9 mln katolików i 1 mln niekatolików. Jeśli przyjąć, że pozostałe 2 mln niekatolików zmobilizowało się i głosowało na Rafała Trzaskowskiego, to wśród jego wyborców wychodzi co najmniej 8 mln, czyli 80% katolików. Jakich kategorii i w jakich proporcjach? Mogłoby to dostarczyć wystarczającego materiału na co najmniej pracę doktorską.

Żeby nie kategoryzować (mnie też dopadła politpoprawność), to katolik pierwszego rodzaju wyznaje, dochowuje wierności i broni wartości chrześcijańskich oraz wspiera i uczestniczy w życiu wspólnoty. Katolik drugiego rodzaju uważa, że do wyznawania wiary ksiądz mu nie jest potrzebny i do Boga można się modlić także w lesie. W głowie mu nawet nie zaświta, że właśnie w lesie modlili się o to, aby można było otwarcie modlić się w świątyniach. Trzeci rodzaj „katolików” albo myśli, że są katolikami, albo nie wie, że katolikami nie są, albo co gorsza mydlą oczy i dla doraźnej korzyści katolików udają. Zaliczam do nich również katolików, którzy nie zabierają głosu, nie odzywają się „dla świętego spokoju”. A to wystarczy aby zło się szerzyło.

Można z całą pewnością przyjąć, że wyborcy są takiego samego pokroju co ich faworyci. W przypadku Andrzeja Dudy nie można mówić o sojuszu ołtarza z tronem, bo przedstawia on cechy katolika pierwszej kategorii. Wyrasta z tego samego pnia i jak w dobrym małżeństwie nie potrzeba tu żadnych sojuszy ani dodatkowych umów czy przysiąg.

Inaczej jest z Donaldem Tuskiem. Ten mistrz obłudy potrafił zwieść katolików, biorąc ślub kościelny po 27 latach w związku cywilnym. Twierdził, że się nawrócił, pozując do zdjęcia z rodziną nawet na tle domowego ołtarzyka. Byłoby to szczere, gdyby zaczekał jeszcze miesiąc i wziął ślub po wyborach prezydenckich 2005 roku, w których dzięki temu o mało co nie wygrał. Nie powiedziałbym wtedy o nim złego słowa. Oczywiście tylko w tym temacie, bo w zakresie politycznym, gospodarczym i w świetle rozlicznych afer ma wiele za uszami. W sojuszu z ołtarzem, a raczej w układzie z arcybiskupem Gocłowskim, przed którym jednak klękał, ten drugi wyszedł jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. A to za sprawą „afery Stella Maris”, jak określano nieprawidłowości związane z działalnością gospodarczą Wydawnictwa Archidiecezji Gdańskiej. Później tak samo wyszli gdańscy Dominikanie, którzy zwracali darowiznę 0,5 mln zł od „prezesa” Amber Gold.

Rafał Trzaskowski, godny następca Tuska, jest pilnym uczniem swego mentora. Dla katolickich wyborców zostawia w kącie swoje poglądy liberalno-lewackie i udaje, że nie ma nic wspólnego z „kartą LGBT(Q) +”, którą własnoręcznie podpisał. Wypiera się Koalicji, dla zmylenia nazywającej się Obywatelską, która jest za rozszerzeniem prawa aborcyjnego (czyt. zabijania), za związkami partnerskimi (bez adopcji dzieci – na razie) i wprowadzaniem (również do szkół) ideologii gender. Bez zażenowania przyznaje się do wiary w boga Spinozy. Mówiąc w skrócie to jest bóg przenikający się wzajemnie ze wszechświatem, który też jest bogiem – podobno dobrym. Z tego wynika, że bóg stworzył samego siebie.

Nieprawdą jest, że Trzaskowski wygrywał w dużych miastach, bo w wiosce moich krewnych i to w podlaskim, zwyciężył z dużą przewagą. Mimo, że ksiądz wskazywał jakimi cechami winien się charakteryzować kandydat, na którego katolik powinien głosować. Na złość babci chcieli odmrozić sobie uszy? Ilu z nich słyszało o takim samym apelu arcybiskupa Jędraszewskiego? Czy uważali, że to tylko „wybryk” lokalnego proboszcza, nie mającego poparcia hierarchów Kościoła? Wielu z nich też nic nie słyszało wcześniej o Trzaskowskim. Za sprawą przychylnych mu polskojęzycznych mediów, które ukrywały jego prawdziwe oblicze, milcząc o aferach jego platformianego środowiska, nie dotrzymywaniu obietnic, niegodziwościach w stosunku do lokatorów warszawskich kamienic, „czyszczonych” przez mafię, czy chociażby o szambie spuszczonym do Wisły, o jego liberalno-lewackich poglądach nie wspominając, objawił im się jako „rzeczywisty zbawiciel” ojczyzny przed „kaczystowskim reżimem”.

Nie inaczej było w mojej miejscowości. Sąsiadka ze stanowczością oświadczyła mi, że „na tego Kaczyńskiego to patrzeć nie może”. A wiozę ją do kościoła, gdzie słyszy (czy słucha?): „miłuj bliźniego swego!” Druga „cieszy się, że Cimoszewicz dostał się do Europarlamentu”. A aktywne „ciało pedagogiczne” co niedziela jest w kościele. Można się dziwić, że w szkołach panoszy się gender? Inne „ciało”, chociaż na emeryturze, ma pretensje o to, że jako pierwszy wywiesiłem baner z Andrzejem Dudą i tym samym stworzyłem problem, bo bliska jej osoba zamalowała go, a potem została zmuszona przeze mnie do jego wyczyszczenia. A w kościele co niedziela słyszy: „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Gdy próbowałem wręczyć ulotkę z programem Dudy, katoliczka wzdrygnęła się oświadczając, że o tym to ona dowie się z telewizji. Z jakiej telewizji? Czy, jeśli się dowie czegoś o mnie to też będzie słuchała plotek (a takowe krążyły), a nie szukała wiedzy u źródła? Nie wiem, czy katolik, ale „święcie” oburzony „haniebnym” czynem prezydenta Dudy „ułaskawiającego pedofila”, wypychając mnie wydatnym brzuchem za bramę posesji również mnie obrzucił tym mianem, splunąwszy przy tym, na szczęście, w bok. Mnie też zwrócił uwagę inny katolik. Nie „upomniał mnie” ani nie „wziął ze sobą jednego lub dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa”, lecz od razu postraszył mnie policją za przymocowywanie za pomocą taśmy samoprzylepnej plakatu z Dudą do drzewa. A w kościele przekazuje mi znak pokoju. Do tej pory nie wiem na czym polegał mój grzech. Tak rozmawiają i dogadują się ze sobą katolicy.

Zawsze zdarzy się, że owieczki pobłądzą. Niektórym wydaje się, że jak pomodlą się za dzieci „nienarodzone” to już niebo im „się samo przychyli”. W obliczu ostatnich profanacji świętych wizerunków i figury Chrystusa nie wystarczy z tego powodu wyrazić bólu. Owszem cierpienie może być Łaską, ale nie powinno być cierpiętnictwem. Wniosek nasuwa się oczywisty. Księża panicznie boją się przypięcia im łatki „politycznych”. Nie słyszałem, by zachęcali do aktywnego wzięcia udziału w obronie najsłabszych. Nie słyszałem, by namawiali do słania protestów w obronie pakistańskiej chrześcijanki, Asi Bibi (na szczęście już uwolniona – po 9 latach) lub Mary Wagner permanentnie więzionej za to, że modli się przed klinikami przemysłu aborcyjnego.

A tymczasem prawdziwe jest powiedzenie: „gdziekolwiek się nie obrócisz i tak d…a będzie z tyłu”. I będzie bita. Oto kandydatka na Pierwszą Damę, Małgorzata Trzaskowska, „osoba wierząca”, której dzieci „same zdecydują o swoich relacjach z Kościołem”, ma właśnie pretensje do Kościoła, że „nie zabierał głosu w sprawach … politycznych”.

Księża muszą czuć oparcie w hierarchach i wcale nie muszą wtrącać się do polityki. Wystarczy, że, nie wskazując palcem, będą przypominać katolikom (wszystkich kategorii), że nie tylko nie przestrzeganie nauki Kościoła, ale również popieranie tych, którzy jej nie przestrzegają jest takim samym grzechem, by nie byli katolikami od siedmiu boleści. Nie mogą być potulnymi, bo też młodzieży za sobą nie pociągną.

A poza tym „szubienice” należy zburzyć.

Antoni Górski