nie kłam Rafał

Nie udało się Rafałowi Trzaskowskiemu stać się nową ikoną umierającej PO, czy też – w szerszym ujęciu – Koalicji Obywatelskiej, która miała ratować Polskę przed PiS i wygrać wybory prezydenckie, które to zwycięstwo, jak zauważył sam kandydat, „były o tym, żeby dziennikarze nie zadawali pytań”. Trzaskowski zapewnił partyjnym kolegom kilka wizerunkowych wpadek, więc media totalnej opozycji szybko chwyciły za zgrany temat – konfliktu wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Konfliktu, w który dzisiaj nikt już nie wierzy, nawet partyjne doły w PO.

Medialnie temat konfliktu między koalicjantami Zjednoczonej Prawicy wypływa i jest podgrzewany zawsze wtedy, kiedy któryś z czołowych polityków PO da się złapać na kłamstwie, bądź niekompetencji i nie można z tym faktem nic już zrobić, bo opinia publiczna nie daje sobie mydlić oczu.

Sorry, taki mamy klimat

Zaczęło się od awarii Czajki, warszawskiej oczyszczalni ścieków, która znów pompuje przynajmniej 8 tys. litrów nieoczyszczonych ścieków na sekundę prosto do Wisły i do Bałtyku. Awarie Czajki zdarzają się co roku – właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że jest to wkład XXI wiecznej Warszawy do zbioru polskich tradycji. Nie przeszły tłumaczenia warszawskiego magistratu, że był to albo sabotaż, albo zamach terrorystyczny – śledczy dla porządku sprawdzili obie wersje szybko ustalając, że wylewka ścieków jest efektem niekompetencji i uporczywego uchylania się urzędników Rafała Trzaskowskiego od współpracy z instytucjami centralnymi, które wielokrotnie pisały do ratusza w stolicy już po poprzedniej awarii, żeby zajął się konserwacją Czajki i jej infrastruktury. Ratusz odmawiał nie tylko współpracy, ale miał również epizod z niewpuszczeniem na teren oczyszczalni inspektorów Wód Polskich i Sanepidu.

Dzisiaj Koalicja Obywatelska krzyczy, że w kryzysowej sytuacji potrzeba jest natychmiastowa pomoc państwa – a najlepiej wojska, które już raz się sprawdziło w ratowaniu mieszkańców przywiślańskich miast przed niefrasobliwością polityków PO. Nie chce przyjąć do wiadomości, że taka pomoc będzie kosztować, bo przecież nikt za darmo nie będzie poprawiał błędów prezydenta stolicy, szczególnie, że nie daje on gwarancji nauczenia się na nich czegokolwiek. Założenie wypasu i naprawa rur będzie kosztowała niemało – zapłacą za nią przede wszystkim wyborcy Rafała Trzaskowskiego.

Trzy dni po wpadce z warszawskimi ściekami mieszkańców stolicy znowu poniosło, bo nad Warszawą przeszła gwałtowna burza z intensywnymi opadami deszczu. Kilka godzin wystarczyło, żeby część traktów w stolicy znów znalazła się pod wodą – niewiele ponad miesiąc po ostatniej wielkiej warszawskiej powodzi. Tu Trzaskowski i warszawscy radni nawet nie próbowali się bronić, choć widać było, że niejeden z liderów KO chciał się usprawiedliwiać sprawdzonym hasłem PO „sorry, taki mamy klimat”.

Pointą warszawskiego zarządzania stał się kolejny miejski autobus prowadzony przez kierowcę na dopingu. Wcześniej jego koledzy wsiadali za kółko po amfetaminie, tym razem kierowca dla kurażu walnął kilka głębszych i ruszył w miasto z dwoma promilami na pokładzie. Szczęśliwie odważna pasażerka zabrała mu kluczyki i wezwała policję bohatersko znosząc to, co pracownik warszawskiej komunikacji miejskiej miał jej do powiedzenia – „stara ruro” było najbardziej pieszczotliwym określeniem. Ponoć bluzgał przez kilka minut i ani razu się nie powtórzył!

Warszawskie wypadki przekonały Polaków, że dobrze się stało, że na fotelu prezydenckim zasiadł jednak ktoś, kto ma doświadczenie, kompetencje i pokorę. Przy Trzaskowskim w Pałacu Prezydenckim wcale niewykluczone byłoby, że polscy policjanci (oddelegowani pomimo pandemii za granicę) ramię w ramię z rosyjskim i białoruskim OMON-em broniliby dzisiaj wyników „wolnych wyborów na Białorusi” i prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

fotobudka

Zróbmy sobie konflikt

Wizerunkowe wpadki PO-KO są tak duże, że nawet ich naturalne media (koincydentalnie związane z kapitałem niemieckim, z wyłączeniem Gazety Wyborczej związanej z innym kapitałem) nie podjęły się obrony i tłumaczeń. Jednak dla odwrócenia uwagi Polaków od stolicy niemal w tym samym momencie wrzuciły do dyskusji temat konfliktu w Zjednoczonej Prawicy. Co więcej – część z nich pisała o niemal pewnych wcześniejszych wyborach parlamentarnych, do których miałoby dojść po wyrzuceniu przez PiS m.in. z administracji publicznej polityków np. Solidarnej Polski w ramach zapowiadanej przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego rekonstrukcji rządu.

Jednak również na takie rewelacje Polacy się już uodpornili. Konflikt miedzy koalicjantami, który miałby doprowadzić do upadku rządu pojawia się w publikacjach medialnych po każdej wpadce liderów PO. I – jeśli wierzyć „dobrze poinformowanym mediom” trwa już bez mała od siedmiu lat.

Jest jednak także dobra strona prób dyskredytowania przeciwników politycznych w mediach – Polacy nauczyli się czytać ze zrozumieniem i odrzucać informacje nie mające pokrycia w rzeczywistości. Ta umiejętność przekłada się również na czytanie lokalnych mediów, którym coraz trudniej będzie prowokować konflikty na poziomie regionalnym. Na takiej sensacji nie da się już dzisiaj zbudować czytelnictwa, o czym muszą pamiętać lokalni wydawcy równie chętnie co ich ogólnopolscy koledzy, marzący o politycznej karierze, lub choćby możliwości sterowania politykami z tylnego siedzenia samorządowej limuzyny. Czytelnicy są zainteresowani faktami – nie, jak kiedyś, domysłami i niesprawdzonymi pomysłami prowadzącymi donikąd.

Paweł Pietkun