3031 - Opinie Olsztyn (debata Olsztyn)

„Przyjaciela szukaj blisko, wroga daleko”. Bardzo mądre i bardzo życiowe polskie przysłowie, jednak często trudne do zrealizowania. Z prostego powodu – „do tanga trzeba dwojga”. Krótko mówiąc, do relacji międzyludzkich potrzeba co najmniej dwóch stron. A z tym bywa różnie. Czasami „strona” żąda spełnienia swoich warunków pod groźbą użycia siły. A wtedy zostaje już tylko wrogość.

Tak się składa z warunków geopolitycznych, że mieliśmy względny spokój na kierunku północ-południe. Za to na linii wschód-zachód zatargi były ciągłe. Było pół biedy, gdy opędzać się nam przychodziło od jednego wroga. Gdy sprzysięgło się przeciwko nam trzech, przez 123, a część naszych prowincji przez 146 lat, cierpieliśmy pod butem okupantów. W 1920 roku poradziliśmy sobie z pięciokrotnie liczniejszą od nas czerwoną zarazą. Przyszedł jednak 1939 rok, gdy zwąchali się ze sobą dwaj bandyci – Rosja Sowiecka i Niemcy hitlerowskie – i wzięli Polskę w dwa ognie. Osamotnieni nie mieliśmy szans. Zdawałoby się pewni sojusznicy – Francja i Wielka Brytania, nieodlegli przecież – zawiedli na całej linii. Ten błąd ich samych kosztował wiele. Francja jeszcze jako tako przetrwała, wchodząc w konfidencję z okupantem. Wielka Brytania natomiast zapłaciła zbombardowanym Londynem, Liverpoolem, Manchesterem i wieloma innymi miastami.

Współcześnie odzywają się głosy krytykujące poczynania ówczesnych władz polskich. Przedstawiają alternatywne rozwiązania z dzisiejszego punktu widzenia, gdy dysponują wiedzą obszerniejszą niż wszyscy decydenci w tamtym czasie. Zychowicz sugeruje nawet fantazyjny sojusz polsko-niemiecki w wojnie z Rosją Sowiecką. Fantastyka wielu dzisiejszych „mądrali” przypomina mi dziecinadę z okresu zachwycania się filmem „Krzyżacy”, gdy to jednemu z krewkich kolegów wyrwało się: „Ja bym tych Krzyżaków z karabinu maszynowego załatwił”.

Krytykują sojusze po czasie, a jednocześnie ujawniają stare ciągoty. Całe „polskie” lewactwo na czele z towarzyszem Czarzastym Rosję Sowiecką uważa za „oswobodzicielkę”. Opcja niemiecka z Radkiem Sikorskim na czele „nie boi się silnych Niemiec, lecz ich bezczynności”. Za to nie podoba mu się sojusz polsko-amerykański, który w pogaduszkach z Rostowskim w „Sowa i przyjaciele” bez żenady nazywa „bullshit”. Uważa, że „zrobiliśmy laskę Amerykanom” i rasistowsko nazywa to „murzyńskością”. Czego się ten „dżentelmen” nauczył na tym Oxfordzie? Stronnictwo rosyjskie i niemieckie na wszystkie sposoby próbuje obrzydzić relacje polsko-amerykańskie, dodając, że to sojusznik zza wielkiej wody.

Oburzają się przy tym fałszywie na nową „okupację” amerykańską, gdy ledwie wyzwoliliśmy się z sowieckiej. To jednak okupacja sowiecka była?! Cynizm lewactwa wyziera przy każdej okazji. Rosyjscy Sowieci wwieźli nam swoją „przyjaźń” na czołgach i wprowadzali ją za pomocą karabinów. Amerykanie zostali zaproszeni przez demokratycznie wybrane polskie władze. Towarzysz Kwaśniewski do dzisiaj chwali się wstąpieniem do NATO, a towarzysz Leszek Miller przystąpieniem do Unii Europejskiej. I całe szczęście. Uważają jednak, że już nie musimy nic robić bo to samo przez się zapewnia nam bezpieczeństwo. Głupcy? „Pożyteczni idioci”? Czy wręcz dywersanci? Nie widzą, że Rosja, tradycyjnie imperialna, prze na zachód? Niemcy skłonieni przez aliantów, robią teraz za przyjaciół. Co warta jest przymuszona miłość? Niemcy i Rosja mają ciągoty ku sobie i dzisiaj. Angela Merkel z Miedwiediewem, na zmianę z Putinem, ochoczo kręci kurkiem gazowym (a to jest też broń, chociaż gospodarcza) ponad głowami Polaków. Coś się zmieniło od II wojny światowej?

Lamentują, że za dużo pieniędzy wydajemy na obronność i można byłoby zaoszczędzić. Nie wiedzą, że wolność nie ma ceny? Pan minister Macierewicz oderwał Siły Zbrojne od dna, do którego sprowadziła lewica i PO na spółkę z PSL. Pan minister Błaszczak ostatnio podał, że polskie siły operacyjne podwoiły swoją liczebność i wynoszą … 108 tys. żołnierzy. By móc samodzielnie stawić opór ewentualnemu agresorowi ze Wschodu potrzeba co najmniej trzy razy tyle wobec 845 tys. armii rosyjskiej. Rosja wydaje 4% PKB na zbrojenia, co daje w liczbach bezwzględnych siedmiokrotnie więcej – ma większy budżet. Kto zgodziłby się ze mną, byśmy wydawali dwukrotnie więcej na naszą armię?

Póki co, nie stać nas jeszcze na to. Możemy się zdawać na razie na opiekę Bożą i, zważywszy jak podchodzą do obronności inni członkowie NATO, na sojusznika zza oceanu. Że daleko? Nic bardziej mylnego. Dzięki staraniom MON, a przede wszystkim Pana Prezydenta Andrzeja Dudy, mamy 5 000 (przydałaby się dywizja pełna) żołnierzy amerykańskich w Polsce. No, już bliżej to się nie da.

A poza tym „szubienice” należy zburzyć!

Antoni Górski