hala-widowiskowo-sportowa-urania-TKO

Niedługo tłumy młodych w ramach porannego rozruchu wyjdą na ulice Olsztyna, wezmą w dłonie korby samochodowe i wyruszą torowiskami do szkół. To najnowszy pomysł olsztyńskich radnych na rozwój sportu powszechnego w Olsztynie. Inne miasta w regionie ponoć z zaciekawieniem przyglądają się tej inicjatywie, tym bardziej, że istnieje propozycja, by powstała nowa dyscyplina sportowa – korbotory piesze.

A teraz już poważnie. Radny tylko wzruszył ramionami i powiedział: „Ale co my mamy z tym zrobić?”. I tak zniknie z mapy Olsztyna kolejny obiekt sportowy, który zostanie wyburzony, a grunt sprzedany zapewne któremuś z deweloperów. Mam tu na myśli basen i salę, które znajdują się przy ul. Głowackiego. Co ważne, tu mieli zajęcia z wychowania fizycznego uczniowie olsztyńskich szkół. Dlaczego? Bo niektóre nie posiada własnej sali gimnastycznej. Tu warunkowo swoje ligowe mecze rozgrywały koszykarki z KKS Olsztyn. Gdzie się podzieją? Tego zapewne jeszcze nikt nie wie. Trzeba dodać, że ma ruszyć remont wysłużonej hali „Urania”. Zniknie obiekt na ul. Głowackiego. Urania na trzy lata.

Tak budzi się we mnie refleksja dotycząca stanu sportu w Olsztynie. Wiele małych klubów reprezentujących mniej popularne indywidualne dyscypliny olimpijskie od lat zmaga się z niemocą, a to za sprawą pieniędzy. Sponsorzy nie są zainteresowani, miasto daje nikłe subwencje, które pozwalają jedynie na egzystencję, a nie na rozwój. Jedynie swój rozkwit przeżywają szkółki piłkarskie, bo wiadomo, rodzic w każdym małych chłopcu widzi swojego Lewandowskiego. Tak na marginesie, niezwykle rozbawiła mnie rozmowa dwóch rozentuzjazmowanych tatusiów, podczas której jeden stwierdził: „A Marek urodził się tego samego dnia, co Lewandowski!”. Zrozumiałe, sukces gwarantowany.

Tak wiele mówi się o sporcie powszechnym. Dzieci powinny się więcej ruszać, mieć pasje, prowadzić aktywniejszy tryb życia. Ale jak, kiedy w Olsztynie nie ma odpowiedniej bazy sportowej, a trenerzy wielu dyscyplin po latach prób rzucają ręcznik, bardziej egzystują w swoich klubach, niż rozwijają swój potencjał i talenty dzieci. Zmęczeni po pracy przychodzą i za marne grosze prowadzą treningi, narażając się na zarzuty małżonków, że po co marnujesz czas, nie ma ciebie popołudniami w domu, a pieniędzy z tego nie ma. Co któryś weekend jadą na zawody, a co bardziej zaangażowani rodzice kombinują, skąd wziąć finanse na transport, nocleg i wyżywienie młodych sportowców. Ale i oni z czasem poddają się, a zawodnicy, którzy są utalentowani, wyjeżdżają do innych ośrodków, które dają możliwości dalszego rozwoju. I pieniądze na szkolenie kadry wojewódzkiej tak naprawdę przepadają, a inne regiony cieszą się z medali zdobywanych przez sportowców, którzy swoją karierę rozpoczęli na Warmii i Mazurach.

Tu mam żal do radnych ze wszystkich ugrupowań, bez wyjątku. Który z nich zorganizował spotkanie z działaczami z małych olsztyńskich klubów? Kto zechciał wysłuchać ich problemów i wypracować w końcu sensowny program wspierania sportu dzieci i młodzieży w Olsztynie?

Wziąłbym dla żony

Owszem, widziałem niejednego z szalikiem Stomilu Olsztyn, wrzucają zdjęcia z trybun na portale społecznościowe. A tymczasem w cieniu setek wyborców, którzy fascynują się piłką nożną, których trzeba poklepać po plecach, utożsamić się z tą społecznością, dyscypliny olimpijskie w Olsztynie odchodzą w zapomnienie. I to nawet mimo faktu, że ich zawodnicy zdobywają medale mistrzostw Polski, czy też Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży.

„Co? Tu trenuje dwudziestu zawodników? Nic nie da się zrobić”. Oczywiście, że nie. Bo to jedynie czterdzieści głosów (licząc rodziców) w następnych wyborach do samorządów lokalnych. I tak polityka zamiast pomagać, skazuje na egzystencję często bardzo dobrych trenerów i ich zawodników, rodząc frustrację i uzasadniony żal.

Miasto, by żyło, musi rozwijać się w sposób zrównoważony. Owszem, infrastruktura miejska jest ważna, ale nie może być ważniejsza od ludzi, możliwości rozwoju młodego człowieka. Chyba, że jedną z pasji wśród młodych, którą chcemy w Olsztynie rozwijać, to spacery o świcie po torowiskach rodem z filmu „Nie lubię poniedziałku”. Niczym Bogdan Łazuka młodzi, trzymając w dłoniach korby, będą zmierzać do szkół w ramach porannego rozruchu. I po problemie, prawda?

Korneliusz Niemota