Marcin Antonowicz

Marcin umierał długo, pełne 12 dni, pobity przez ZOMO 19 października, do domu Ojca odszedł 2 listopada. Jego bestialskie pobicie a następnie śmierć wstrząsnęły moja ukochaną Alma Mater. Nawet my nieodrodne dzieci systemu komunistycznego czuliśmy się podle, nie dlatego że mogą nas zabić ale dlatego, że można zabić człowieka za nic, dla przyjemności, z poczucia bezkarności jaką dawała służba w organach represji i że nic się nie zmieniło, rok wcześniej zabili księdza, dzisiaj zabili studenta z legitymacja uczelni w Gdańsku.

Na ART trafiłem w lipcu 1982 roku, Kortowo czerwone miasteczko tonące w zieleni było wymarzonym miejscem na wejście w dorosłość. Kobiety, wino , śpiew (niekoniecznie w tej kolejności i z mała poprawką, że o ile kobiety były piękne i młode, to zamiast wina najczęściej było paskudne, skwaśniałe piwo z browaru w Olsztynie) to główne zajęcie większości studentów w tamtych czasach, polityka raczej nikt się nie zajmował. Owszem raz czy drugi w trakcie „intensywnych i owocnych” spotkań ze starszym rocznikiem słyszało się wspomnienia o strajkach i klimacie tamtych dni, ale w szczegóły nikt nie wchodził, nikt się nie rozwodził nad przyczynami i skutkami strajków. Wyczuwało się pewien opór wśród starszych roczników w temacie strajków, gdy któregoś dnia zapragnąłem pociągnąć temat usłyszałem „nie interesuj się bo skończysz jak Szmit*”. Widząc niechęć rozmówców, do poruszania tego tematu, o to kim był i jak skończył „legendarny Szmit”, wolałem już nie pytać.

Pogrzeb Marcina odbył się 6 listopada 1985 roku i uczestniczyło w nim kilkanaście tysięcy ludzi. Uczestniczyło, mimo iż dyrektorzy szkół i zakładów pracy otrzymali polecenie, by w tym czasie nie udzielać okolicznościowych urlopów.

Nasz rektor, chcąc nie chcąc, również wydał zakaz zwalniania z zajęć studentów w tym dniu i w tej sytuacji nikt nikogo nie informował, że ma zamiar pójść. Zwalniać się nie miałem zamiaru, wszak i tak nikt mnie nie zwolni to po co zawracać wykładowcom głowę, postanowiłem nie iść na ćwiczenia tylko pomaszerować na pogrzeb w nadziei, że kogoś znajomego i tak spotkam.

W ostatniej chwili przypomniałem sobie, że tego dnia obiecałem załatwić koledze z grupy dolary (pieniędzy z domu dostawałem sporo, rodzice byli na dyrektorskich stołkach, ale dużo kasy szło na „przelew” stąd konieczność dorabiania – trochę w spółdzielni, trochę w kortowskim barze, ale największe i najłatwiej zarobione pieniądze były na handlu walutą). Telefonów komórkowych wtedy nie było – jedyna możliwość spotkania (kolega był z Olsztyna, ja mieszkałem w akademiku) to złapać go przed ćwiczeniami, tak też zrobiłem.

Kolega dostał 100 dolarów – kupowałem je u Palestyńczyków – oficjalnie studiowali na rolnym, ale tak naprawdę to na zajęcia chodzili do koszar wojskowych obok Kortowa – to się chyba nazywało Centralny Ośrodek Szkolenia Służby Uzbrojenia i Elektroniki. Palestyńczyków było czterech, z czego trzech w wieku ok 35-40 lat i jeden o imieniu Omar, mniej więcej w wieku 20-25. Omar jako jedyny chodził na zajęcia na wydziale rolnym i byłem z nim zaprzyjaźniony-tłumaczyłem mu chemię – i dzięki temu miałem dostęp do pozostałych, lubiących alkohol i zabawę, więc chętnie wymieniali dolary na złotówki.

Pech chciał, że na zajęcia dotarłem w ostatniej chwili i gdy dokonywałem korzystnej wymiany dolarów na złotówki (na kolegach zarabiałem 15%, na obcych nawet 30) pojawił się prowadzący ćwiczenia doktor X i zaprosił wszystkich do laboratorium.

– A pan na co czeka panie S. ? – zapytał widząc, że nie przejawiam chęci wejścia do pomieszczenia
– Ja dzisiaj nie mogę panie doktorze…
– A to dlaczego? – zapytał. Jakież to obowiązki ma pan ważniejsze niż udział w zajęciach?
– Ja mam dzisiaj pogrzeb odpowiedziałem bezczelnie patrząc doktorowi w oczy.
Doktor spojrzał na mnie uważnie , ja się zjeżyłem w środku sądząc że zaraz zaczną się groźby i usłyszałem:
– A kiedy przyjdzie pan odrobić? (zajęcia na laboratorium trzeba było mieć zaliczone, jak ktoś był nieobecny albo dostał pałę przy zaliczaniu musiał przyjść w innym terminie na zajęcia innej grupy i odrabiał).
– Może w piątek ? – zaproponowałem niepewnym głosem
– Może być w piątek, odpowiedział doktor i dodał niech pan już idzie bo się pan spóźni.
Rzeczywiście, w tym właśnie momencie rozpoczynała się msza w w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Olsztynie.

Ludzi, kamer, fotografów i tajniaków była na tym pogrzebie cała masa, jedna z kamer ustawiona była w oknie mieszkania na pierwszym piętrze, naprzeciwko wejścia do kościoła. Ciągle ktoś robił zdjęcia, niezbyt pewnie się czułem, rozglądając się dookoła szukałem kogoś znajomego z kim mógłbym stanąć w tym obcym dla mnie tłumie. Niestety, do samego końca, do momentu złożenia trumny do grobu nie zobaczyłem znajomej twarzy.

W piątek poszedłem odrobić ćwiczenia, pani asystentka zadała standardowe w takim przypadku pytanie – imię nazwisko, która grupa i które ćwiczenie pan chce odrobić. Podałem dane i usłyszałem:
– Ale panie S., przecież pan ma zaliczone wszystkie ćwiczenia, to ze środy również, co pan tu chce odrabiać?
– Taaak? A myślałem, że doktor X mi nie zaliczył.
– Zaliczył, jest jego podpis, niech pan już idzie i nie zajmuje miejsca innym.

I tak sobie myślę dzisiaj, że ja to raczej wielkich konsekwencji pójścia na ten pogrzeb bym nie poniósł, ale mojego doktora, gdyby ta sprawa wyszła na jaw, to z pewnością by z uczelni wywalili – wszak złamał polecenie rektora (o nieobecnościach na zajęciach w tym dniu prowadzący musieli informować) i żeby oszczędzić mi kłopotów wpisał obecność na zajęciach, a nawet dodatkowo w celu uprawdopodobnienia obecności zaliczył mi zajęcia.
Dzięki Panie doktorze, szacun wielki!

PS.

„Legendarnego Szmita” zobaczyłem dopiero na piątym roku, w 1988 na tarasie stołówki studenckiej wygłaszał płomienną mowę reaktywując NZS.
– Kto to jest? Zapytała mnie Smerfetka, atrakcyjna świeżo upieczona studentka I roku, która się ówcześnie opiekowałem.
Pomny nauk starszych kolegów odpowiedziałem:
– To Szmit, lepiej się z nim nie zadawaj, bo źle skończysz.

* Szmit Jerzy, W 1980 współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów na Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Student wydziału Geodezji. 14 V 1982 internowany w Ośrodku Odosobnienia w Iławie i Kwidzynie, zwolniony 7 XII 1982. W 1983 organizator grupy drukującej i kolportującej wydawnictwa podziemne. 13 VI 1984 aresztowany z innymi studentami i pracownikami ART, 3 VIII 1984 zwolniony na mocy amnestii; relegowany z dziennych studiów na zaoczne.  Mimo to ukończył studia na Wydziale Geodezji Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie oraz na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Były student

Grób Marcina Antonowicza


Marcin Antonowicz był studentem I roku Chemii na Uniwersytecie Gdańskim,

Choć miał indeks w kieszeni, to studentem Uniwersytetu Gdańskiego zdążył być tylko 13 dni. Dziewiętnastoletni Marcin Antonowicz zmarł 2 listopada 1985 r. na skutek obrażeń, jakich doznał kilka dni wcześniej podczas interwencji ZOMO w Olsztynie. Sprawa Antonowicza do dziś bulwersuje byłe środowisko opozycji solidarnościowej na Warmii i Mazurach.

Morderstwo i jego sprawcy

19 października 1985 r. przypadała 1. rocznica zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Tego dnia wieczorem Marcina i jego dwóch kolegów zatrzymał w Olsztynie patrol ZOMO. Kolegom pozwolono odejść, ale Marcin, po okazaniu legitymacji studenckiej z Gdańska, musiał zostać w milicyjnej „suce”. Kierowany przez Bogdana Sienicę Star 29 ruszył, Marek Jackiewicz był konwojentem. Kilkanaście minut później Marcin leżał już konający na jezdni. Wezwana karetka przewiozła nieprzytomnego chłopaka do szpitala wojewódzkiego, gdzie dyżur tej nocy pełniła jego matka – doktor Krystyna Antonowicz, neurolog. Stan Marcina był ciężki, lekarze stwierdzili ranę tłuczoną okolicy potylicznej i wstrząśnienie mózgu. Przesłuchiwany jeszcze tej samej nocy Jackiewicz utrzymywał, że Marcin był pijany i zachowywał się agresywnie, dlatego postanowił przewieźć studenta do izby wytrzeźwień. Już w samochodzie, jak dalej zeznawał zomowiec, Marcin miał rzucić się na niego, dusić za gardło, w pewnym momencie otworzył drzwi samochodu i wyskoczył, uderzając głową o jezdnię. Wersja Jackiewicza, u którego bezpośrednio po zajściu nie stwierdzono na szyi żadnych śladów duszenia, w wielu miejscach różniła się od relacji Sienicy. Zrozpaczeni rodzice studenta – Krystyna i Kazimierz Antonowiczowie, znani w Olsztynie działacze opozycji – nie wierzyli w nieszczęśliwy wypadek. Gdy 20 października o 3.00 w nocy matka Marcina zawiadomiła milicję o pobiciu syna, prosząc o zabezpieczenie dowodów w sprawie, usłyszała nieprawdziwą informację, że sprawą zajmuje się już prokuratura. Jej zgłoszenia nie przyjęto. Antonowiczowie uważali, że zomowcy kłamią: rana głowy ich syna nie była zabrudzona i nie towarzyszyły jej żadne charakterystyczne otarcia. Podejrzenia wzbudzały krwawe plamy na przedniej części spodni Marcina, mogące świadczyć o pobiciu jeszcze przed wyniesieniem chłopaka z samochodu. Później wskazywano na brak zabezpieczenia stara, którego po zdarzeniu odstawiono do bazy milicyjnej w Zalbkach, jako dowodu w sprawie. Przez cały następny dzień samochód był ponownie w dyspozycji zomowców – w jego tylnej części stwierdzono obecność smarów, których przeznaczenia nigdy nie wyjaśniono. Podczas gdy nieprzytomny student walczył o życie w olsztyńskim szpitalu, jego rodzice w skardze złożonej 21 października do prokuratora generalnego PRL narzekali na bezczynność prokuratury, pisząc wprost o pobiciu syna przez funkcjonariuszy. W Olsztynie aż huczało od plotek, ale oficjalne media milczały. Najszybciej o interwencji ZOMO poinformowało solidarnościowe pismo „Rezonans” – w tekście pt. „Bandycki wyczyn olsztyńskiej milicji” podano, iż „w dniu pobicia” Marcin uczestniczył we mszy św. odprawianej w intencji zamordowanego przed rokiem ks. Jerzego. „Gazetę Olsztyńską”, organ prasowy PZPR, stać było jedynie na informację podaną dopiero cztery dni po tragedii, w której serwowano wersję o nieszczęśliwym wypadku „Marcina A.”

Strach przed zamieszkami

Prokuratura Rejonowa w Olsztynie o rozpoczęciu śledztwa w sprawie niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy zdecydowała dopiero 21 października. Dzień później SB wszczęła sprawę operacyjnego sprawdzenia o krypt. „Student”, której celem było przeciwdziałanie „wrogim aktom” wynikłym z sytuacji, w jakiej znalazły się organy milicyjne. Uaktywniono całą agenturę w mieście. Inwigilacja objęła przeróżne środowiska, w tym uczniów i nauczycieli IV LO, którego Marcin był absolwentem. By studzić nastroje, esbecja interweniowała w Kuratorium Oświaty i Wychowania. Uniemożliwiano stawianie zniczy w miejscu znalezienia nieprzytomnego Marcina. W domu Antonowiczów założono podsłuch. Tajniacy nagrywali przebieg nabożeństw kościelnych, rejestrowali wypowiedzi duszpasterzy akademickich.
(…)

Dr Piotr Kardela (IPN)

Cały tekst ukazał się w miesięczniku wSieci Historii, listopad 2013 roku.