Sprawa Pana Stanisława Zalewskiego – niemal stuletniego więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych – i haniebnych kłamstw o „polskich obozach” wreszcie doczeka się sprawiedliwości, czy wciąż jesteśmy zakładnikami biurokratycznej opieszałości?
– Stanisław Zalewski miał 97 lat, kiedy sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Dziś zbliża się do 100 urodzin, a my dopiero teraz – po wielu miesiącach – trzymamy w rękach pisemne uzasadnienie wyroku. Tak, musieliśmy się uzbroić w anielską cierpliwość, bo droga do tej decyzji była długa, mozolna i najeżona kuriozalnymi przeszkodami. Sąd Najwyższy, który powinien być bastionem sprawności i godności, miał problem z szybkich przygotowaniem dokumentu. Gotowe orzeczenie przez tygodnie (!) czekało, aż ktoś dopnie formalności. To absolutnie niewyobrażalne. Mówimy przecież o kwestii fundamentalnej – nie tylko o dobrym imieniu Stanisława Zalewskiego, ale o honorze całego narodu, który od lat walczy z bezczelnym fałszowaniem historii przez niemieckie media. Nie ma naszej zgody na określenie „polskie obozy zagłady”. To tak, jakby z ofiary robić kata. I choć uzasadnienie wreszcie jest, to niesmak pozostaje – bo ta zwłoka była nie tylko nieprofesjonalna, ale wręcz upokarzająca. Sprawa powinna być potraktowana priorytetowo, a nie potraktowana jak kolejne urzędowe „do załatwienia”. Ale dobrze – uzasadnienie mamy, teraz czas na apelację. Sprawa wraca do Sądu Apelacyjnego i teraz pytanie brzmi: czy wreszcie, po tylu latach, po tylu obietnicach i po tylu dramatycznych słowach świadków historii, państwo polskie stanie na wysokości zadania i wymusi przeprosiny za niemieckie kłamstwa? Czas pokaże, ale jedno wiem na pewno – historia nie wybacza obojętności.
Na jakim etapie obecnie jesteśmy w batalii o dobre imię Stanisława Zalewskiego i prawdę historyczną?
– Bez pisemnego uzasadnienia decyzji Sądu Najwyższego byliśmy po prostu zablokowani. Mieliśmy orzeczenie, ale nie mogliśmy pójść dalej, bo formalnie nie istniało ono w obiegu prawnym. To sytuacja absurdalna – jakby ktoś zgodził się podpisać umowę, ale przez miesiące nie chciał wziąć do ręki długopisu. Dopiero teraz, po wielu tygodniach, gdy uzasadnienie zostało wreszcie doręczone, sprawa wraca do Sądu Apelacyjnego. I tam rozpoczynamy kolejny etap tego procesu – pełnoprawną batalię o prawdę. Składamy dodatkowe pismo, by jeszcze mocniej podkreślić nasze argumenty, bo przeciwnicy oczywiście też nie śpią. To wciąż spór – twardy, trudny, ale nie do przegrania, jeśli państwo polskie zachowa determinację. Czekamy teraz na wyznaczenie terminu posiedzenia Sądu Apelacyjnego, a jednocześnie składamy wniosek o przyspieszenie procedury. Bo czas działa na niekorzyść – nie tylko naszego klienta, ale całej narodowej pamięci.
Panie mecenasie, jak długo jeszcze trzeba będzie czekać na rozstrzygnięcie?
– Nie chcę rzucać terminami w ciemno, bo to nie ma sensu. Zamiast wróżyć z fusów, skupiamy się na tym, co realne: żeby termin został wyznaczony jak najszybciej, najlepiej w ciągu najbliższych miesięcy. Czas jest tu przeciwnikiem – pan Stanisław Zalewski kończy 100 lat w październiku. To nie jest już tylko kwestia proceduralna, to wyścig z zegarem o sprawiedliwość dla człowieka, który przeżył piekło Auschwitz i Mauthausen, a dziś musi jeszcze walczyć z kłamstwami o „polskich obozach”. Zrobimy wszystko, by ta sprawa nie skończyła się tak tragicznie jak poprzednia – przypomnę: Karol Tendera zmarł, zanim doczekał się rozstrzygnięcia, a to wymusiło rozpoczęcie całego procesu od nowa. Tego nie możemy powtórzyć. I nie możemy dopuścić, by historia milczała wtedy, gdy powinna krzyczeć.
Czy to właśnie obawa o biologiczny bieg czasu – brutalnie nieubłagany w przypadku tak sędziwego powoda – sprawia, że od miesięcy z taką determinacją zabiega Pan o przyspieszenie tej sprawy?
– Tak, dokładnie tak. Gdyby pan Stanisław Zalewski – człowiek, który wniósł ten pozew – zmarł, postępowanie automatycznie zostałoby umorzone. I to jest najbardziej gorzka ironia tej sprawy: im bardziej zasłużony i wiekowy świadek historii, tym mniejsze ma szanse, by doczekać się sprawiedliwości. Dlatego od miesięcy robimy wszystko, co w naszej mocy, by sprawa nie ugrzęzła w proceduralnym marazmie. A mówimy tu przecież o kwestii fundamentalnej – o właściwości sądu, czyli o tym, czy Polacy mają prawo przed własnym wymiarem sprawiedliwości bronić swojej godności, kiedy padają oszczercze kłamstwa o „polskich obozach”. Co budzi nasze zdumienie – i mówię to z pełną odpowiedzialnością – to stanowisko jednej z sędzi sądu apelacyjnego. Przecież żaden niemiecki sąd, powtarzam: żaden, nie kwestionował polskiej jurysdykcji. Sprawa przeszła przez kilka instancji, włącznie z Federalnym Trybunałem Sprawiedliwości w Karlsruhe, i nikt tam nie podważał kompetencji polskich sądów. Niemcy mieli po temu interes – gdyby tylko mogli, chwyciliby się braku właściwości jako wygodnego pretekstu. A jednak nie zrobili tego. Tymczasem teraz, na naszym własnym podwórku, pojawia się wątpliwość tam, gdzie już dawno wszystko powinno być jasne. I to jest naprawdę trudne do zaakceptowania.
Doszliśmy do punktu, w którym polski sąd – zamiast bronić suwerenności naszej jurysdykcji – sam pozbawia się prawa do orzekania? Z czego to wynika? Z obawy przed tym, co powie Berlin?
–I to jest, proszę mi wierzyć, jeden z najbardziej niezrozumiałych, wręcz kuriozalnych momentów całej tej batalii. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której to nie niemiecki sąd, nie strona pozwana, lecz właśnie polski sąd apelacyjny postanawia – ni stąd, ni zowąd – skierować pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej? I to w sprawie, w której na żadnym etapie wcześniejszych postępowań, zarówno po stronie niemieckiej, jak i polskiej, nikt nie podnosił wątpliwości co do jurysdykcji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Powtarzam: nikt! I nagle, zamiast bronić prawa Polaków do własnej godności, zaczynamy kwestionować to, czy w ogóle mamy prawo się nią zająć. To jest jak wyciąganie haka na samego siebie. Skutek? Strata lat. Kolejnych lat, których nie mają już nasi klienci, często świadkowie historii, zbliżający się do setnych urodzin. A przecież wystarczyło trzymać się faktów i stanowczości. Zamiast tego sami stworzyliśmy problem, którego nikt – nawet nasi przeciwnicy – nie widzieli.
W tej nierównej walce o prawdę i sprawiedliwość głos Rzecznika Praw Obywatelskich naprawdę coś zmienia?
– W tym przypadku nie mam żadnych wątpliwości – głos Rzecznika Praw Obywatelskich ma wagę. I to nie tylko symboliczną. Rzecznik poparł nas bez zastrzeżeń, całym autorytetem urzędu, i zrobił to w kluczowym momencie. To nie była kurtuazja, ale stanowcze opowiedzenie się po stronie prawdy i tych, którzy o nią walczą. Dlatego, kiedy dziś mówimy o konieczności przyspieszenia procedury przed sądem apelacyjnym, to właśnie do RPO zwracamy się o pomoc – o wsparcie, które może realnie wpłynąć na tempo sprawy. Wierzę, że znów stanie po naszej stronie. Bo tu chodzi o coś więcej niż przepychanki proceduralne. Chodzi o to, żeby człowiek, który kończy 100 lat, nie musiał umierać z poczuciem, że sprawiedliwość została rozjechana walcem formalności. Technicznie sprawa już wróciła do Sądu Apelacyjnego, teraz my – w najbliższych dniach – składamy nasze uzupełnione stanowisko i domykamy kwestie formalne.
Panie mecenasie, czy nie uważa Pan, że dramatyczna sytuacja Pańskiego klienta powinna stać się impulsem do systemowej zmiany – takiej, która wymusi pierwszeństwo rozpatrywania spraw cywilnych osób starszych i ciężko chorych?
– Dokładnie o to chodzi. Ta sprawa brutalnie unaoczniła, jak bardzo nasz system sądowniczy – szczególnie w dużych ośrodkach jak Warszawa – nie nadąża za realiami życia. Czekamy miesiącami, a czasem latami, na rozstrzygnięcia, które dla ludzi w podeszłym wieku mają absolutnie fundamentalne znaczenie. Czas nie jest dla nich abstrakcją – jest bezlitosnym przeciwnikiem. I to, że w tak dramatycznych przypadkach jak sprawa pana Zalewskiego, a wcześniej Karola Tendery, wymiar sprawiedliwości nie jest w stanie przyspieszyć postępowania, jest zwyczajnie nie do przyjęcia. Dlatego my to traktujemy nie tylko jako konkretną batalię o jeden wyrok, ale jako mocny sygnał – pilnie potrzebujemy mechanizmu, który zagwarantuje, że osoby starsze i chore nie będą musiały umierać w poczuciu, że ich sprawa nigdy nie została wysłuchana. To powinien być priorytet w każdej sprawiedliwości – tej codziennej, realnej, a nie tej zapisanej w kodeksach. Nie mamy złudzeń: dopóki nie powstanie systemowa ścieżka przyspieszonego trybu dla takich przypadków, dramaty będą się powtarzać. I my z całą mocą będziemy ten temat podnosić – bo milczenie w tej sprawie to ciche przyzwolenie na krzywdę.
Rafał Stefaniuk, „Nasz Dziennik”
„Gazeta Olsztyńska”, 04-06.07.2025





