Wojciech Ogrodziński

Po stronie systemu

Artykuły i felietony Ogrodzińskiego pokazują, jak reagował on na kryzys, jak odbierał i tłumaczył czytelnikom dokonujące się w Polsce przemiany polityczne i społeczne. Dla władz komunistycznych twórczość Ogrodzińskiego była bardzo użyteczna. Swoją elokwencją potrafił zainteresować także mniej wyrobionego czytelnika, nie posiłkując się w swych felietonach propagandowymi chwytami czy natarczywością, spotykaną w przypadku innych olsztyńskich dziennikarzy. Na początku tekstu krytykował krótko przejawy tragicznej wówczas sytuacji gospodarczej, co czytelnik rozumiał jako skutek błędnych decyzji politycznych i sądził, że redaktor też je potępia. Tego rodzaju zabiegi uwiarygodniały felietonistę w oczach spragnionych wnikliwości dziennikarskiej czytelników. Po kilku linijkach krytyki stosunków panujących w PRL przychodziły gorzkie słowa skierowane również do pragnących zmiany.

Ten sposób pisania tekstów Wojciech Ogrodziński doprowadził do perfekcji w cyklach „Kawa na ławę”, a następnie „Ziarnko do ziarnka” publikowanych na łamach „Naszej Wsi”. Opisując swoje wrażenia z Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku w 1988 r., poruszył sprawę nękających wówczas każdego mieszkańca PRL permanentnych niedoborów w zaopatrzeniu w podstawowe towary przemysłowe i spożywcze. Ogrodziński w swoim felietonie oczywiści nie krył, że co innego w kraju jest na wystawach sklepowych, a co innego w samym sklepie. „W witrynach można obejrzeć towary nagromadzone na różnych krajowych targach. Żadne rewelacje. Ot, po prostu przyzwoite rzeczy z przyzwoitego surowca, przyzwoicie uszyte. Dla przyzwoitego klienta, który gotów jest przyzwoicie zapłacić […]. Tylko raz dałem się nabrać. Wchodzę do sklepu z taką właśnie wystawą i mówię: «Proszę te buty, tamtą koszulę i jeszcze kurtkę…». A panie w sklepie w śmiech: «Panie! Coś pan!?». Słowem nie opiszesz bezmiaru zdziwienia sprzedawczyń… «To jest wystawa tego, co Polak potrafi…, a nie tego, co można kupić. Do kupienia to, co leży…». Co leżało, nie powiem. Nie muszę, leży to wszędzie, jak Polska długa i szeroka” [1]. Redaktor wspomniał o pustych półkach, podczas gdy jego koledzy tłumaczyli ten fakt niepełnym wykorzystaniem potencjału produkcyjnego maszyn oraz czasu pracy [2]. Ten sam Ogrodziński przy okazji skrytykował raczkującą i dotychczas niszczoną prywatną inicjatywę, czyli zalążki wolnego rynku, które pojawiły się w schyłkowym okresie PRL m.in. w postaci niewielkich prywatnych kramików. Z tego powodu dostało się też samemu Jarmarkowi. „Od lat bywam w Gdańsku podczas Jarmarku Dominikańskiego, tym dość typowym dla naszych stosunków ekonomicznych misterium handlowym. Pierwszy Jarmark Dominikański był z założenia spotkaniem twórców i kolekcjonerów. Kramarze z tandetą istnieli na uboczu” – tak określił rodzący się najprawdziwszy kapitalizm. „I cóż to za atrakcyjne towary w tym roku? Bluzki z bawełny, plecione buty ze skóry, sezamki, wafle w czekoladzie, batony, filmy do aparatów fotograficznych, chińskie szlafroki. I kosmetyki, zwłaszcza te, które można hurtem wywieźć z Turcji, Bułgarii, Związku Radzieckiego”. Ogrodziński narzekał, że „dawny koloryt jarmarku zepchnięty, gdzieś nad Motławę, znad której unosi się mdlący smrodek. Tam starocie, tam książki, tam handlarze zabytków, tam kolekcjonerzy. Kibiców niewielu, kupujących jeszcze mniej. W tym roku wygrały sezamki…” [3]. Nie zdobył się jednak na spostrzeżenie, że na Jarmarku znalazły się po prostu te towary, na których sprowadzenie zgodę wyraziła władza, przez dziesięciolecia kontrolująca handel. Stał się on niemalże wyłącznie domeną ludowego państwa, co doprowadziło do braków w zaopatrzeniu, zapaści gospodarczej i ogólnonarodowego ubóstwa, dlatego ludzie szukali tanich tandetnych towarów, m.in. właśnie z Turcji.

Innym razem Wojciech Ogrodziński, dając do zrozumienia czytelnikom, że w Polsce można wszystko powiedzieć, okazywał zdziwienie z powodu tendencji, którą dostrzegał w oficjalnych wypowiedziach o gospodarce, gdzie wiele zagadnień było „jakby omijanych i zbywanych ogólnikami”. Za przykład tego zjawiska uznał proces odmienianej wówczas przez wszystkie przypadki restrukturyzacji, która miała objąć przede wszystkim gospodarkę. „Słowo to zrobiło u nas oszałamiającą karierę, przy czym nikt właściwie nie pojmuje, co się za nim kryje, choć używają [go] wszyscy, którzy mają coś do powiedzenia, i ci, którym tak się wydaje…”. I kontynuował tę myśl: „Można się całkiem poważnie obawiać, że po którymś z kolejnych etapów reformy dyrektorzy będą rozliczani i oceniani nie za efekty, a za to, w jakim stopniu się zrestrukturyzowali” [4]. Felietonista potrafił umiejętnie tłumaczyć decyzje władz zmierzających do likwidacji m.in. stoczni gdańskiej im. Lenina, kolebki „Solidarności”, usprawiedliwiając to dostrzeganą przez władze dopiero po czterdziestu latach nieopłacalnością produkcji. „O restrukturyzacji mówić łatwo, zacząć trudniej. Domyślam się nawet dlaczego o zmianach, które nas nieuchronnie czekają, z wysokich trybun mówi się dość oględnie. Jeśli za kryterium owej restrukturyzacji przyjąć opłacalność, to wśród najbardziej zagrożonych przedsiębiorstw natychmiast znaleźliby się potentaci zatrudniający dziesiątki tysięcy osób, których zarobki nierzadko należą do najwyższych w sferze gospodarki uspołecznionej. O tym, że niektóre huty i stocznie są nieopłacalne, powiedziano wyraźnie podczas majowych strajków, przy okazji przedstawiając mechanizmy dotowania tych ogromnych, nierentownych i energożernych organizmów… Chciałbym wreszcie usłyszeć, że skutkiem polskiej reformy jest zamknięcie jakiejś huty, że inna huta zaczyna produkować wysokogatunkową stal, że taka to a taka stocznia przestaje robić statki, a zaczyna produkować maszyny rolnicze oraz lodówki i pralki…” [5].

Innym razem Ogrodziński, starając się przekonać czytelników o przyśpieszeniu rozwoju kierowanej przez państwo gospodarki, przytaczał na to językowe przykłady, dowodząc, że społeczeństwo polskie, w sukurs gospodarce, stało się „lotne”. „«Lecę na warzywach» – oświadczyła w radiu gospodyni domowa zapytana, jak sobie radzi w kuchni coraz bardziej bezmięsnej”. Braku mięsa nie dawało się już ukrywać. Można było jedynie całą sytuację okpić, choć i na to było już za późno. Jeżeli przyjąć, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, z pewnością naród polski miał pewną charakterystyczną cechę – umiejętność przystosowywania się do trudnej sytuacji. Ogrodziński przyczyn rozwinięcia się tej cechy nie wiązał z tragiczną historią Polaków, z czasem, kiedy sami o sobie nie mogli decydować, czyli z okresem zaborów i II wojny światowej. Mówił o „giętkości języka polskiego, który oddawać miał tę właśnie «umiejętność przystosowania się» dziś, kiedy nominalnie ojczyzna miała być wolna. Starsi tę umiejętność «latania na warzywach» posiedli chyba w większym stopniu…” Autor felietonu przytaczał kolejne dowody „lotności” Polaków: „«Lecą smerfy» – powiedziała pewna pani na tarasie widokowym lotniska na Okęciu, wskazując samolot lądujący ze Stambułu. Po chwili na schodach ukazał się błękitny tłumek, w kolorze indygo”. Ogrodziński ubolewał, że LOT nie nadąża za „smerfami”: „Polska Agencja Prasowa doniosła niedawno, że Polskie Linie Lotnicze, pragnąc ułatwić import turystyczny, umożliwiły Polakom wysyłanie paczek z Sofii. Intencje były szlachetne – wysyłanie paczek z towarem zakupionym w Turcji miało Polakom ułatwić przejazd przez Rumunię… Okazało się jednak, że polski import turystyczny z Turcji przekroczył możliwości przewozowe LOT…”. Redaktor zauważył: „LOT ostatnio marnie lata, ale wsłuchując się w język polski, odnoszę wrażenie, że stajemy się społeczeństwem ludzi lotnych i latających”. Nie dostrzegał całkowitej niedorzeczności polegającej na sprowadzaniu w dość oryginalny, by nie powiedzieć karkołomny, sposób towarów zagranicznych, które rozchwytywane były w kraju tylko z tego powodu, że ówczesny polski rynek chłonął niemalże wszystko. Podawał jednak kolejne językowe przykłady ogólnospołecznej „lotności”: „«Lecę fuchę» – to kolejny przykład naszych współczesnych lotów… «Lecę sesję poprawkową» – poinformował mnie niedawno student, który nie zdał w czerwcu dwóch egzaminatorów. Znajomi też zalatani, znajome jeszcze bardziej. Latamy w kolejki, lecimy, bo ktoś lub coś, bo «rzucili», bo «dali» albo «dadzą»… Sąsiad «leci z gwinta», sąsiadka «leci na milicję»… Córka, jeśli coś jej próbuję wyjaśnić, protestuje: «Tato, nie leć ze mną w gumę», co wedle jej wyjaśnień znaczy: «Nie wciskaj kitu»” [6].

Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych Polacy coraz bardziej zdecydowanie dopominali się zmian, czując, że jest to kolejna zmarnowana dekada, Wojciech Ogrodziński uważał, posługując się przy tym humorem, że większości ludzi wcale nie chce się zmieniać. Przytoczył opowiastkę o pewnym kraju, w którym „ludzie mają pracę, ale nie pracują. Nie pracują, ale plany są wykonywane. Plany są wykonywane, ale sklepy puste. Sklepy są puste, ale domy pełne. Domy są pełne, ale ludzie nie są zadowoleni. Ludzie nie są zadowoleni, ale nie chcą zmiany” [7].

W szczególny sposób Ogrodziński podnosił na łamach „Naszej Wsi” kwestię rocznic takich wydarzeń z dziejów późnego PRL jak powołanie gabinetu Mieczysława Rakowskiego: „Kiedyś zmiana rządu w Polsce była spektaklem kameralnym, a informacja o niej nudną czytanką lub słuchowiskiem o podobnych życiorysach. Obecnie stała się widowiskiem z dużą liczbą aktorów, mnóstwem statystów i milionową widownią. Mamy za sobą widowisko polityczne, powiedziałbym: premierowe, z premierem Mieczysławem Rakowskim w roli głównej. Jego exposé sejmowe nowych myśli nie zawierało, ale słownictwo i styl były odmienne niż dotychczas…” [8].

Innym razem, nie przyjmując do wiadomości, że po przeszło czterdziestu latach ekspansywnej gospodarki komunistycznej kraj był zdewastowany również pod względem ekologicznym, dziwił się, dlaczego minister ochrony środowiska poprosił wojewodę olsztyńskiego, aby ten nie wyrażał zgody na budowę hotelu w Mazurskim Parku Krajobrazowym. „Nie wiem, na ile jest to prośba nie do odrzucenia, bo prawdę mówiąc, z taką kategorią prawną zetknąłem się po raz pierwszy. Jedni chcieliby komfortu i Zachodu w nadziei szybkich zysków, drudzy natury wolnej od agresji i ingerencji cywilizacji” [9]. Wydaje się jednak, że Ogrodziński robił to z premedytacją, aby pokazać czytelnikom, że świat kapitalistyczny to jedynie pogoń za zyskiem, gdzie nie liczy się ochrona środowiska, choć Francja czy zachodnie Niemcy miały wówczas znacznie bardziej restrykcyjne prawo niż PRL, o technologiach uwzględniających rozwiązania ekologiczne nie wspominając.

Wojciech Ogrodziński potrafił argumenty, by przekonać nastawionych prosystemowo czytelników, że odejście od zasad uspołecznionej gospodarki centralnie planowanej nie stanowi zdrady ustroju. W końcu deklarowano konieczność zachowania pryncypiów ustrojowych [10]. „Dla wielu kształtowanie nowych wartości w naszym życiu społecznym i gospodarczym to niemal zdrada ideałów socjalizmu. Trudno się im dziwić, bo długie lata lansowano u nas zaiste odmienne wizje państwa i gospodarki…” Zmianę systemu gospodarczego Ogrodziński przedstawiał nie jako trzęsienie ziemi i nowy początek, ale jako dostosowanie się do nowych warunków życia gospodarczego.

Kiedy pojawił się pomysł rozmów władz z przedstawicielami tzw. umiarkowanej opozycji [11], Ogrodziński na łamach „Naszej Wsi” zachęcał do poparcia tego pomysłu w następujący sposób: „Zagraniczny dziennikarz spytał mnie, co sądzę o Okrągłym Stole. Odparłem, że oprócz tego najważniejszego, wokół którego zainteresowani jakoś nie mogą zasiąść, jest takich stolików sporo i to od dawna. Częściej jednak stoją po domach, aniżeli w miejscach publicznych, dlatego też temu jednemu przypisano takie znaczenie” [12]. Redaktor często powoływał się w swych felietonach na rozmowy z zagranicznymi przyjaciółmi. Nie wiadomo, czy miał na myśli znajomych z ZSRR czy z wolnego świata [13].

Kiedy w 1988 r. po raz kolejny przez Polskę przetaczała się fala strajków, świadcząca o ponownym wzroście niezadowolenia społecznego, Ogrodziński powoływał się na dobiegające ze świata przykłady gorszych katastrof, choćby naturalnych, m.in. na tragedię związaną z trzęsieniem ziemi w Armenii. „Nasze wstrząsy wydają się błahe w porównaniu z tym, co 7 grudnia 1988 r. wstrząsnęło Armenią… Pamiętając o własnych kłopotach i problemach, nie zapominajmy, że zawsze jest ktoś, kto cierpi bardziej, kto ma większe trudności niż my” [14].

Ogrodziński, kiedy w swoich felietonach wspominał o problemach dnia codziennego, kolejkach, permanentnym braku wszystkiego, na ogół zrzucał winę na urzędników. „Obecnie rysują się dwie szkoły postępowania z urzędnikami. Pierwsza, radykalna, woła, by odciąć im wodę, światło, gaz, a tym samym pozbawić wpływów. Pominę ją, bo jako rewolucyjna jest nieco romantyczna i utopijna. Zajmę się drugą, która proponuje łagodne przeobrażenie urzędniczego stanu. Zwolennicy tej szkoły twierdzą, że biurokracja polska jest rezultatem rodzimej oświaty i filozofii zarządzania opartej na braku zaufania” [15]. Winę za skostniały system stosunków społeczno-gospodarczych zrzucał także na polski charakter i specyfikę narodową.

Z drugiej strony redaktor Ogrodziński często sam lubił stawiać się w roli urzędnika. „Dość powszechne jest przekonanie, że dziennikarz to nadurzędnik, który wyręcza, poszturchuje, popędza innych urzędników, bardziej leniwych”. Tezę tę uwierzytelniać miały tysiące telefonów i listów docierających każdego dnia do redakcji, w których pracował Ogrodziński. „Dla skrzywdzonych, znękanych, poruszonych nieszczęściem, niesprawiedliwością, nieuczciwością dziennikarz to ratownik, spowiednik, ostatnia nadzieja, przedostatnie złudzenie”. Nie dostrzegał powodów takiego stanu rzeczy: w państwie, którego władza nie potrafiła reprezentować własnych obywateli, zdani byli oni na uczciwość dziennikarzy. Kończył swój wywód konkluzją dotyczącą roli dziennikarzy: „Nieraz zastanawiałem się, jakie są szanse dziennikarzy na to, by życie stawało się normalniejsze, znośniejsze. Incydentalnie możemy pomóc nawet w uzyskaniu mieszkania i ciągnika. Częściej udaje się nam przyspieszyć bieg jakiejś sprawy albo go zmienić. Najczęściej jednak po prostu ujawniamy to, co inni pragnęliby ukryć” [16].

Dr Paweł Piotr Warot

[1] W. Ogrodziński, Kawa na ławę, „Nowa Wieś”, 21 VIII 1988.
[2] Wyłanianie partyjnych kandydatów, „Gazeta Olsztyńska”, 18 IV 1989. Por. P.P. Warot, Prasa partyjna Olsztyna wobec wyborów do sejmu kontraktowego 1989 r. [w:] Wolne media? Środowisko dziennikarskie w 1989 roku, red. P. Szulc, T. Wolsza, Szczecin–Warszawa, s. 194.
[3] W. Ogrodziński, Kawa na ławę, „Nowa Wieś”, 21 VIII 1988.
[4] Ibidem, „Nowa Wieś”, 25 IX 1988.
[5] W. Ogrodziński, „Nowa Wieś”, 25 IX 1988.
[6] W. Ogrodziński, „Nowa Wieś”, 16 X 1988, s. 2.
[7] W. Ogrodziński, „Nowa Wieś”,
[8] Ibidem, „Nowa Wieś”, 23 X 1988, s. 2.
[9] Ibidem, Ziarnko do ziarnka, „Nowa Wieś”, 11 XII 1988, s. 2.
[10] Leonard Kołakowski I sekretarzem KM PZPR, „GO”, 8 V 1989. O konieczności zachowania „pryncypiów ustrojowych”, nieprzebieraniu w słowach przez cały maj SB informowała Warszawę (AIPN Bi, 087/562/2, Meldunek nr 129/89, sporządził por. Roman Sienkiewicz, podpisał ppłk Romuald Białobrzeski, Olsztyn, 16 V 1989 r.). Por. P. Kardela, Służba Bezpieczeństwa wobec wyborów parlamentarnych 1989 roku w województwie olsztyńskim [w:] Olsztyński Czerwiec ’89, Olsztyn 2009, s. 97, 98, 123.
[11] P.P. Warot, Wybory parlamentarne 1989 roku w lokalnej prasie partyjnej Olsztyna [w:] Olsztyński Czerwiec…, s. 185.
[12] W. Ogrodziński, Ziarnko do ziarnka, „Nowa Wieś”, 25–31 XII 1988.
[13] Por. P.P. Warot, Prasa partyjna Olsztyna…, s. 213.
[14] W. Ogrodziński, Ziarnko do ziarnka…
[15] Ibidem, W. Ogrodziński, Ziarnko do ziarnka, 8 I 1989 r.
[16] Ibidem, Ziarnko do ziarnka, 12 II 1989 r.