Konsolidacja szpitali, ukryta strategia migracyjna i podwyżka dla marszałka. Na wtorkowej sesji sejmiku KO znów głosowała jak automat, a pytania radnych PiS o zdrowie i bezpieczeństwo mieszkańców zbyto milczeniem.
To miała być spokojna, techniczna sesja. Skończyło się na tym, że radni opozycji z PiS-u po raz kolejny zderzyli się ze ścianą milczenia i uników. Marszałek Marcin Kuchciński — polityk podobny do nikogo, ale wiernie reprezentujący ośmiogwiazdkową koalicję — po raz kolejny pokazał, że jego prawdziwym zadaniem jest lojalność wobec układu, a nie wobec mieszkańców Warmii i Mazur.
Szpitale w jednym worku
Najgorętszym punktem sesji była dyskusja dotyczącą konsolidacji szpitali. Nie zapadały jeszcze decyzje, ale była widoczna buta i arogancja sejmikowej większości. Z punktu widzenia zwykłego pacjenta sprawa jest prosta: liczy się dostęp do lekarza, stabilny szpital i pewność, że ktoś nie urządzi rewolucji na żywym organizmie służby zdrowia. Z punktu widzenia marszałka Kuchcińskiego wygląda to inaczej. To hasła, które mają zamykać usta, słowa klucze: konsolidacja, „duża placówka”, „analizy zespołu roboczego”.
Podczas wtorkowej sesji sejmiku marszałek poinformował, że Urząd Marszałkowski, miasto Olsztyn i Uniwersytet Warmińsko-Mazurski pracują nad połączeniem trzech olsztyńskich szpitali: miejskiego, wojewódzkiego i uniwersyteckiego. W ich miejsce ma powstać jeden medyczny moloch z pakietem większościowym w rękach samorządu województwa, a kadry kliniczne mają być obsadzane pod okiem uczelni.
Radni PiS przypomnieli oczywistość, którą władza usiłuje przykryć technicznym żargonem: szpital miejski i uniwersytecki są zadłużone, a wojewódzki — jedyna placówka podległa sejmikowi — jest w dobrej kondycji. Połączenie trzech jednostek oznacza realne ryzyko utopienia zdrowej placówki w długach dwóch pozostałych. Pojawiło się też kluczowe pytanie o ciągłość projektów unijnych realizowanych przez szpital wojewódzki: co się z nimi stanie po „konsolidacji”?
Marszałek Kuchciński nie miał konkretów. Przyznał, że przepisy ustawowe dotyczące konsolidacji szpitali „nie w każdym punkcie są jasne”, więc zarząd dopiero wybiera się do ministerstwa, żeby dopytać. Innymi słowy: plan polityczny już jest, realny model funkcjonowania szpitali — dopiero się wymyśla. Mieszkańcy Olsztyna mają uwierzyć na słowo, że wszystko będzie dobrze, chociaż ci sami ludzie jeszcze niedawno bez mrugnięcia okiem finansowali „Campus Polska Przyszłości” w Kortowie, bo tak chciała centrala KO.
Strategia migracyjna, której „nie ma”
Drugi spór miał znacznie bardziej dosłowny wymiar: chodzi o to, kogo i na jakich zasadach władza regionalna chce wpuścić na Warmię i Mazury. Radni PiS od miesięcy dopytują, czy samorząd województwa nie szykuje nam tu po cichu „najazdu imigrantów” pod parasolem unijnego paktu migracyjnego. Odpowiedzi — jak zwykle — trzeba wyciągać z gardła.
Radna Bożena Ulewicz wróciła do odpowiedzi marszałka na swoje pytania o posiedzenie Warmińsko-Mazurskiego Forum Terytorialnego z 14 października. Temat przewodni obrad brzmiał wymownie: — Warmia i Mazury regionem, w którym warto żyć i jak zbudować strategię migracyjną regionu — przypomniała radna.
W piśmie sygnowanym przez marszałka znalazło się jednak stwierdzenie, że nie ma żadnych podstaw, by łączyć to posiedzenie z unijnym paktem migracyjnym i relokacją nielegalnych migrantów, a w samym urzędzie marszałkowskim „nie były i nie są prowadzone działania zmierzające do opracowania regionalnej strategii migracyjnej”.
— No na Boga, a czymże innym była konferencja, której nazwa brzmiała właśnie jak zbudować strategię migracyjną regionu? — pytała z sejmikowej mównicy Ulewicz, wskazując na „daleko idącą niespójność, manipulację i przekłamanie”.
Radna przypomniała także świeże wypowiedzi premiera Donalda Tuska o przesunięciu w czasie relokacji i zauważyła, że takie deklaracje trzeba dziś traktować „z przymrużeniem oka” jako wynik politycznej manipulacji, a czasem wprost nieprawdy.
Wątpliwości budził też dobór „ekspertek” zaproszonych na spotkanie: dr Kamila Scholl-Mazurek z Europejskiego Uniwersytetu Viadrina oraz Joanna Szymańska-Bica, specjalistka od migracji i integracji w niemieckim landzie. Osoby od lat żyjące w realiach niemieckiej polityki migracyjnej mają podpowiadać, jak kształtować strategię migracyjną Warmii i Mazur. Radna Ulewicz nie kryła obaw, że region stanie się poligonem doświadczalnym dla pomysłów, które już dziś budzą sprzeciw milionów Europejczyków.
Na koniec padło proste, bardzo przyziemne pytanie: ile naprawdę kosztowała cała impreza — od „skromnego, choć całkiem przyzwoitego poczęstunku” po wynagrodzenia prelegentów. I co dalej zamierza robić zarząd z tematem strategii migracyjnej, którą oficjalnie niby się nie zajmuje.
Odpowiedzi? Jak zwykle: ogólniki, uspokajające formułki, żadnych konkretów. Tam, gdzie radni PiS próbują przebić zasłonę dymną wokół polityki migracyjnej, zarząd sejmiku udaje, że problemu po prostu nie ma.
Jarosław Słoma i opowieść o „pisowskich imigrantach”
Kulminacją tej ucieczki od odpowiedzialności było krótkie wystąpienie Jarosława Słomy w punkcie oświadczeń radnych. Polityk, który w sejmiku dostaje wyraźnej alergii na widok każdego przedstawiciela prawicy, postanowił pouczyć PiS, skąd wzięło się zjawisko nielegalnej migracji.
Wzruszony — jak sam przyznał — „dzisiejszą troską o bezpieczeństwo Polek, Polaków i Polski w kwestii nielegalnych imigrantów”, Słoma oznajmił, że to za rządów PiS Polska była „największym dostarczycielem i rozsadzającym po całej Europie nielegalnych imigrantów”. Przywoływał byłego ministra, który rzekomo „świadomie wpuszczał tygodniowo rzesze tysięcy” i wysyłał je dalej głównie do Niemiec, by teraz — kiedy Berlin odsyła część tych ludzi z powrotem do Polski.
Nikt Słomie nie odpowiedział, ale wielu potem komentowało w kuluarach jego wystąpienie, jako objaw szaleństwa radnego, który z nienawiści do PiS stracił rozum.
Z punktu widzenia mieszkańców Warmii i Mazur taka „debata” musi budzić zażenowanie. Radna Ulewicz mówi o konkretach: konferencjach, dokumentach, nazwiskach ekspertów, kosztach i możliwych skutkach strategii migracyjnej. W odpowiedzi Jarosław Słoma serwuje kilka paranoicznych politycznych sloganów i kończy zadowolony z siebie, jakby właśnie rozwiązał problem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że część zarządu województwa funkcjonuje w równoległej rzeczywistości, w której wystarczy krzyknąć „PiS!” i nie trzeba już tłumaczyć własnych decyzji.
Borussia, Róża Luksemburg i cisza marszałka
Na tej samej sesji padły też bardzo konkretne pytania o to, na co samorząd województwa wydaje publiczne pieniądze poza ochroną zdrowia i migracją. Radny Paweł Warot złożył interpelację dotyczącą finansowania Fundacji Borussia. Lista zarzutów była mocna, ale oparta na faktach z działalności tej organizacji.
Warot wyliczał m.in. promowanie postaci Róży Luksemburg — działaczki komunistycznej, która sprzeciwiała się odrodzeniu niepodległej Polski — w ramach projektów finansowanych ze środków województwa. Pytał, jak to się ma do zakazu propagowania ustrojów totalitarnych i do przepisów Konstytucji.
Zwrócił uwagę na wydarzenie pod tytułem „Ziemie odzyskane. Ciężar czy europejska szansa?”, gdzie w sposób niepokojący przesuwa się akcenty — jakby ziemie przyłączone po II wojnie światowej były „balastem”, a nie częścią polskiego państwa, o którą walczyły pokolenia. Wreszcie przywołał narracje porównujące dzisiejszych mieszkańców regionu do Zakonu Krzyżackiego, co nie tylko jest ahistoryczne, ale wprost uderza w polską tożsamość Warmii i Mazur.
Radny zażądał pełnego przeglądu finansowania Borussii z ostatnich pięciu lat, listy projektów, kryteriów oceny oraz wyjaśnienia, czy zarząd województwa dostrzega tu problem z polską racją stanu. Reakcja marszałka? Standardowa formułka, że odpowiedź będzie „na piśmie”. Ani słowa z sejmikowej mównicy.
Podwyżka dla marszałka na deser
Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, gdzie leżą priorytety obecnej większości sejmikowej, rozwiała je ostatnia decyzja wtorkowej sesji. Radni KO bez większej refleksji przegłosowali podwyżkę dla marszałka Marcina Kuchcińskiego. Po zmianach będzie zarabiał ponad 22 tysiące złotych miesięcznie.
Wynagrodzenie zasadnicze marszałka wyniesie 11 310 zł, do tego 4,3 tys. zł dodatku funkcyjnego, 4,8 tys. zł dodatku specjalnego i ok. 2,2 tys. zł za wieloletnią pracę. W praktyce oznacza to, że Kuchciński zbliża się do maksymalnego poziomu wynagrodzenia przewidzianego w ustawie dla marszałków województw. Radni PiS wstrzymali się od głosu, ale nikt z koalicji rządzącej nie odważył się zabrać głosu w obronie tej decyzji. Uchwała przeszła bez debaty.
Co znamienne, kiedy marszałek został zapytany, czy podwyżki dostaną też pracownicy urzędu, odpowiedział ogólnikiem, że tak — ale bez jakichkolwiek szczegółów. Dla siebie konkret jest natychmiastowy i precyzyjny, dla urzędników i zwykłych mieszkańców — mglista obietnica.
Marek Adam




