W sobotę 23 sierpnia przeszła pielgrzymka z Biskupca do Rasząga. Bez kamer i fajerwerków. To pierwsza pielgrzymka śladami jednej z piętnastu męczenniczek warmińskich. Ci, którzy w niej szli, są zgodni, że błogosławione siostry i ich ofiara wydają wyjątkowe owoce.
O tym, że świętość nie jest czymś odległym ani nieosiągalnym, świadczy prosty obrazek: dom jakich wiele, zamieszkany przez zwykłych ludzi, w trakcie remontu. Zwyczajny, ani szczególnie zadbany, ani ociekający bogactwem. Na pewno nie „pomnikowy”. Dopiero przystrojone ogrodzenie z polską flagą i zawieszonym na nim wizerunkiem bł. s. Krzysztofy staje się znakiem rozpoznawczym. To podpowiedź, że właśnie tu urodził się i żył ktoś naprawdę wyjątkowy.
Bł. s. Krzysztofa przyszła na świat właśnie w tym domu w Raszągu. Chrzest przyjęła w biskupieckim kościele św. Jana Chrzciciela, do którego co niedzielę szła z rodzicami. Nie miała dogodnej linii autobusowej, a kościół nie był „pięć minut” od domu, jak ma większość z nas. Trzynaście kilometrów w jedną stronę, wśród warmińskich pól i lasów. Dojrzewała w zwyczajnych obowiązkach jako córka tej ziemi i chrześcijanka. Uczona, by nie myśleć wyłącznie o własnym zysku, dostrzegać drugiego człowieka i Boga, któremu chciała służyć.
Kim była? Jedną z piętnastu warmińskich męczenniczek ze Zgromadzenia Sióstr św. Katarzyny. Niespełna dwa miesiące temu ogłoszono je błogosławionymi. Bł. s. Krzysztofa Klomfass w 1945 roku została zamordowana w olsztyńskim Szpitalu Mariackim przez żołnierzy radzieckich. Broniła swojej czystości i godności powierzonych jej chorych: rannych, dzieci i osób starszych. To dlatego przejście z Biskupca do Rasząga — tą samą drogą, którą chodziła — nie jest tylko wspomnieniem.
Święta Warmia — tak od wieków mówiono o tej ziemi. Nie tylko z przyzwyczajenia. To kraina kościołów, kapliczek i niedzielnych dróg do parafialnych kościołów. W XVI wieku nie poszła za reformacją. Z tej gleby wyrosły Katarzynki. Od prawie pięciu stuleci służą tu chorym, dzieciom i ubogim. Prowadzą szkoły, szpitale, ochronki. Są obecne wszędzie tam, gdzie jest cierpienie i gdzie są ci, którzy potrzebują pomocy.
Sobotnia pielgrzymka z miejsca chrztu do domu rodzinnego nowej błogosławionej, jak twierdzi wielu uczestników, w naturalny sposób budzi ważne pytania. Czy jesteśmy spadkobiercami tej tradycji? Czy potrafimy zamienić deklaracje w praktykę, a niedzielne słowa w poniedziałkową służbę?
Z tej historii płynie lekcja. Sam zachwyt beatyfikacją na nic się zda, jeśli nie przełoży się na życie. Nowi błogosławieni przypominają, że wiara domaga się czynów. Nie wystarczy nazywać się katolikiem i od święta bywać na Mszy. Trzeba podjąć trud nawrócenia, zajrzeć w sumienie i wprowadzić Ewangelię w codzienność. Dla wielu może to oznaczać powrót do spowiedzi po latach oraz zgodę z Bogiem i ludźmi.
Żyjemy w czasach, gdy łatwo zgubić ten kierunek. Pędzimy wpatrzeni w smartfony, wierząc bardziej temu, co podpowiada internet czy sztuczna inteligencja, niż radom bliskich czy nauce Kościoła.
Piętnaście błogosławionych męczenniczek to wielki dar dla Warmii. Jednak stanie się nim dopiero wtedy, gdy z niego skorzystamy.
Marek Adam




