ZDRADA

31 grudnia flaga brytyjska zostanie z honorami zdjęta z masztów przed wszystkimi unijnymi urzędami i budynkami. Warto w takim momencie porównać podejście brytyjskich polityków – wszystkich bez wyjątku – do pojęcia racji stanu. Awantury o rzekome złe zachowanie polskiego rządu ws. brukselskiego weta, czy wręcz głosowania samorządów za odrzuceniem weta – w tym samorządu olsztyńskiego – zgodnie z definicją wszystkich bez wyjątku krajów demokratycznych łapią się w definicję zdrady. We wszystkich krajach zdrada jest karana.

Politycy opozycji bez mrugnięcia okiem osłabiają pozycję Polski w Unii Europejskiej – robią ze względu na swoje partykularne interesy. Robią tak, bo traktują swoje poselskie i brukselskie mandaty, jak wygody i nie wymagający wielu starań dochód, kontrakt który przy odrobinie szczęścia zostanie przedłużony na kolejne cztery lata, kiedy znów za relatywnie wielką kasę będą sobie mogli siedzieć w poselskich ławach, czy też – dopóki się nie skończy pandemia – w domach, bywać na salonach i generalnie czuć się jak zastępcy królów. To dla nich także wygodny immunitet poselski, dzięki któremu mogą naginać, a często po prostu łamać prawo śmiejąc się wyborcom w twarz, a na sztandarach mając wypisane hasła o „szanowaniu Konstytucji”, czy „praworządności”. Niewiele są warci, jako przedstawiciele narodu i – prawdę mówiąc – również niewiele, jako ludzie.

To, że świadomie dopuścili się zdrady polskich interesów maskują – nieumiejętnie zresztą – rozmowami na temat rzekomego wyjścia Polski z Unii Europejskiej, chociaż ostatnim politykiem, który rozważał taką możliwość był jeszcze przed podpisaniem traktatu akcesyjnego Roman Giertych, dzisiaj podejrzany o przestępstwa gospodarcze, kolega Tuska, Schetyny i Budki. Nie ma i nie było dyskusji o wychodzeniu Polski z UE.

Murem za premierem Johnsonem

Kiedy w 2016 roku na Wyspach Brytyjskich odbywało się referendum w sprawie brexitu, Albion był podzielony niemal tak samo, jak w czasach Oliviera Cromwell’a, kiedy ważyły się losy monarchii brytyjskiej. Labourzyści prawie codziennie w publicznych dyskusjach rzucali się do gardła torysom. Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa bez owijania w bawełnę nawoływała do brexitu oskarżając swoich politycznych oponentów o sprzedanie interesów królestwa za europejskie srebrniki. Szkocja i Irlandia Północna coraz mocniej rozważały opuszczenie narzuconego im stulecia wcześniej zjednoczenia pod wspólnym berłem angielskich władców.

Wynik referendum nie pozostawiał wątpliwości – większość mieszkańców Zjednoczonego Królestwa chciała się z Unii wynieść. I to bez względu na cenę, jaką kraj miałby ponieść. Z czasem brytyjscy politycy policzyli swoje aktywa i odkryli, że tak gwałtowne wyjście ze wspólnoty będzie kraj sporo kosztowało. Jednak nawet zwolenniczka Unii Europejskiej, premier Theresa May schowała do kieszeni swoje poglądy i na pierwszej poreferendalnej konferencji prasowej powiedziała słowa, które przejdą do historii Królestwa: „brexit to brexit”.

Od dnia ogłoszenia wyników referendum, polityczne spory na Wyspach w sprawie przyszłości w Unii Europejskiej skończyły się jak mieczem uciął. Wszyscy politycy zaczęli pracować nad wynegocjowaniem jak najlepszych warunków rozwodu. Nie tylko to – skupili się także na wykorzystaniu swoich międzynarodowych znajomości na rozpoczęciu rozmów handlowych z innymi krajami świata. Theresa May odeszła z urzędu krytykowana przez swojego zastępcę Borisa Johnsona, jednak nie pojechała ze skargą do Brukseli. Prawdę mówiąc nie poskarżyła się nawet królowej.

Johnson to jeden z najmniej lubianych polityków na Wyspach Brytyjskich. Nie jest tajemnicą, że jest człowiekiem butnym i zadufanym w sobie. Jednak jego obecność na fotelu premiera była wynikiem demokratycznych mechanizmów, więc bez względu na antypatie i niechęć nie raz okazywaną mu w Izbie Gmin, w dyskusjach z politykami innych krajów Johnson miał za sobą poparcie nie tylko własnej partii, ale także politycznej opozycji, a nawet Szkockiej Partii Niepodległościowej, która od nowa zaczęła zmierzać do wybicia się na niepodległość.

W Londynie nie do pomyślenia byłoby zachowanie, jakie pokazują dzisiaj politycy opozycji skarżąc się na Polskę do wszystkich możliwych unijnych urzędów, czy krytykując działania rządu w jakiejkolwiek sprawie, szczególnie polityki wewnętrznej.

– Morawiecki zdradza Unię Europejską – było słychać jeszcze niedawno. Dzisiaj ci sami politycy nie cofają się nawet przed zarzuceniem mu zdrady Polski (sic!).

– Jakim prawem Ziobro i Kaczyński chcą wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej? – krzyczą dzisiaj z trybun i krawężników ulicznych podczas organizowanych bez względu na zagrożenie epidemiologiczne publicznych protestów. Nawołują do okazywania nieposłuszeństwa, do walki z policją i państwem (!). W czyim interesie?

Polska też mówiła jednym głosem

Takie zachowanie nie tylko ociera się o zdradę ojczyzny. Jest zdradą w najczystszej formie. Szczególnie, że również Polska pamięta okresy, w których bez względu na spory wewnętrzne, na arenie międzynarodowej prezentowała jeden głos i jedno stanowisko. Okresy, w których polityk z polskim orłem w klapie marynarki mógł liczyć na wsparcie swoich rodaków – nawet tych myślących inaczej. A kiedy było trzeba również na to, że spoliczkują wrogów ojczyzny.

Wszyscy bronili bowiem polskiej racji stanu – nadrzędnego interesu państwowego, interesu narodowego, wyższości interesu państwa nad innymi interesami i normami, wspólnego dla większości obywateli i organizacji działających w państwie lub poza jego granicami, jednak zawsze na jego rzecz.

Czasy te skończyły się z wejściem do Polski Armii Czerwonej, która skutecznie wyeliminowała całą klasę polityczną zastępując ją usłużnymi karierowiczami. Warto pamiętać, że karierowicze ci także mówili jednym głosem – tyle, że do samego końca był to głos Moskwy.

KOMUCHY

Odradzająca się po ponad półwieczu zależności klasa polityczna pozwala wyraźnie zobaczyć, którzy z obecnych liderów politycznych nad Wisłą czerpią tradycje z Polski międzywojennej, a którym bliższy jest czerwony sztandar. Wyborcom tych drugich wypada jedynie przypomnieć w odpowiednim momencie, jak zachowali się, kiedy trzeba było troszczyć się o interes Polski. O polską rację stanu.

Paweł Pietkun